"Ostrzyce" czyli Czeskie Średniogórze (2025)
Re: "Ostrzyce" czyli Czeskie Średniogórze (2025)
Gołoborza extra! Coraz mocniej mi się tam podoba. Aż zerknąć musze gdzie to to się znajduje.
Re: "Ostrzyce" czyli Czeskie Średniogórze (2025)
_laynn pisze:Gołoborza extra! Coraz mocniej mi się tam podoba.
I jest gdzie połazić, i na biwaczek sie miejsce znajdzie.
_laynn pisze:Aż zerknąć musze gdzie to to się znajduje.
To własnie minus, że dosc daleko. Ale może to plus? Bo nie ma tłumów Polaków jezdzących tam na weekend?
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"
na wiecznych wagarach od życia..
na wiecznych wagarach od życia..
Re: "Ostrzyce" czyli Czeskie Średniogórze (2025)
Odnalazłem - zapisane na kiedyś 
Re: "Ostrzyce" czyli Czeskie Średniogórze (2025)
Stożek Radobyla wznosi się nad Litomierzycami. Część góry jest "wyjedzona" przez działający tu niegdyś kamieniołom bazaltu. Zatrzymujemy się na parkingu u podnóża. Tu bedziemy spać. Już stąd rozpościerają się przyjemne widoki.


Wzgórze położone jest na tyle blisko od miasteczka, że mamy obawy czy nie jest traktowane jako park miejski i główna sralnia dla psów. Nie wiem jak jest tu zazwyczaj, ale dziś nie ma żywego ducha. Pewnie dlatego, że według prognoz jest właśnie ściana deszczu - opad na 100% i o dużej intensywności. Pada od kilku godzin i będzie lać nieprzerwanie aż do pojutra. Widocznie ludzie z Litomierzyc nie patrzą za okno tylko w telefon. Dzisiejsze czasy mają więc swoje plusy - mamy Radobyl wyłącznie dla siebie
Rozległymi łąkami zmierzamy w stronę kamieniołomu.

Horyzont najeżony jest miłymi dla oka stożkami wulkanów, a kolory nieba sugerują, że gdzieś tam pod chmurami zachodzi sobie słoneczko.


Na szczyt już dziś nie zdążymy. Zaraz wyłączą światło
Idziemy więc szukać kamieniołomu, bo tam zgodnie z naszymi przypuszczeniami będą dogodne miejsca ogniskowe. Jest ich kilka - wybieramy to najbliżej skalnych ścian. Fajnie mieć takie tło, poza tym jest najbardziej ukryte i niewidoczne z miejscowości u podnóża. Być może tu nie ma to znaczenia, ale my jakoś mamy głęboko wpojone, że zawsze najlepiej na partyzanta. I co chyba najważniejsze - tu nie duje. Wieczór jest bardzo wietrzny, a wiatr chłodny.

Tutejsze bazaltowe "organy" naprawdę wyglądają spektakularnie. Pewnie same by tak nie wylazły na światło dzienne - gdyby ich nie odsłonił kamieniołom. A mówią, że przemysł ma na piękno przyrody jedynie zgubny wpływ. Ja się z tym stwierdzeniem nie zgadzam, a Radobyl jest jednym z przykładów na potwierdzenie mych racji


Póki jeszcze jest odrobina światła, podziwiamy widoki na miasto. Jeziora z wyspami, ostrzyce, fabryki, urwiska i falujące stepowe trawy! Tak serio ponoć tu rośnie dużo typowo stepowych roślin, więc nasze skojarzenia nie sa całkowiscie wyssane z palca.



Ostatni odblask zachodu.

Muszę się jeszcze dużo nauczyć jeśli chodzi o kwestię pozowania do zdjęć

No dobra... Robi się zimno, robi się głodno - trza ognicho rozpalać. Widać wyraźnie, że jest to popularne miejsce dla biwaków - teren jest tak wyczyszczony z opału, że cholernie ciężko cokolwiek znaleźć. W celu skompletowania odpowiedniej ilości chrustu przychodzi nam łazić naprawde daleko i wtargiwać to potem po dość stromej skarpie. No ale najważniejsze, że w końcu zapłonęło!


Mrok szybko utulił kamieniołom. Noc jest ciemna - ni księżyca, ni gwiazd. Niebo zawleka się coraz bardziej, a wiatr z minuty na minutę staje się chłodniejszy i bardziej przenikliwy. Przysuwamy się więc bliżej do pełgającego ognia. Ciepło pali nam pyski i brzuchy, a w plecy zimno. Trzeba by się obracać jak kurczak na rożnie. W dole świeci miasto. Niby tak blisko, ale jednak daleko...




Gdy opuszczamy nasz zaciszny kamieniołom ogrzewany ogniskiem - wpadamy w inny świat. Wiatr urywa łeb! Jak zimno! Upiornie zimno! Do busia docieramy w ostatniej chwili. Ledwo zamykamy drzwi zaczyna padać.
W nocy jak zwykle wstaję do kibelka. Zabieram parasol (bo oczywiście leje) i karimatę (aby zrobić wokół siebie parawan od lodowatego wiatru). Zaspana wysiadam z busia i zagłębiam się nieco w otaczającą ciemność. Szybko uderza mnie dziwny, niespotykany dźwięk. Nie mogę go zidentyfokować, z niczym znanym mi sie nie kojarzy, więc nieco przeraża. Jak jakieś świsty i jęki potępieńcze! Jakby śpiew, rozmowy, chichoty. Co to jest u licha?? Raz cichsze, raz głośniejsze. Jakby się ze mnie śmiało, że sikam na wygwizdowie koło kubła na śmieci. Budzę toperza i mu opowiadam. Toperz, nasz rodzinny głos rozsądku i spokoju, szybko sprowadza mnie na ziemię: "buba śpij i nie wpuszczaj zimna. To maszt. Wieje jak diabli to mu gra w antenach". No tak. Zaraz obok stoi wielki maszt. Zapomniałam o nim. Bardzo nie chciałabym mieć takiego koło domu. Ale może po jednej nocy nas nie pokręci? Moje zmartwienia przybierają więc dużo bardziej prozaiczny charakter
Rano wyraźnie widać, że pogoda się ustabilizowała. Pada, ale nie bardzo intenesywnie. Niebo zaciągnięte, ostrzyce siedzą w mgłach. Zimno jak szlag


Ruiny zamku Kamyk widziane z tej perspektywy. Na dużym zbliżeniu oczywiście.

Deszcz nie deszcz, mgła nie mgła, zimno nie zimno - ale szkoda by nie wejść na szczyt Radobyla, który mamy tu rzut beretem. Wczoraj nie zdążyliśmy, bo nas ciemność zastała. Toperz odmawia wyjścia z busia. Idziemy więc we dwie z kabakiem.

Zabieramy parasole, ale wychodząc z lasu na otwarte przestrzenie musimy je złożyć z racji na wiatr.

Na szczycie zdarzają się takie podmuchy, że i peleryny próbuje nam zerwać.



Widoki są lepsze niż przypuszczaliśmy - tzn. myślałam, że w ogóle nic nie będzie widać, a tu proszę jakie piękne przestrzenie!





Glina tak się klei do butów, że co parę kroków trzeba je czyścić patykiem. Inaczej każda noga zaczyna ważyć o kilka kilo więcej

Potem zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy willi Pfaffenhof. Niektórzy twierdzą, że budynek jest nawiedzony. W internecie można napotkać różne filmiki poławiaczy zjaw, którzy siedzą nocami w piwnicach tego obiektu z różnistymi piszczącymi sprzętami, i z większymi lub mniejszymi sukcesami próbują się z lokalnie występującym "czymś" skontaktować.
Zapewne na opinię obiektu wpływa jego położenie - stoi samotnie pośród gęstej roślinności na zboczu góry Radobyl. Również jego historia może rozbudzać wyobraźnię - zanim zbudowano willę znajdowała się w tym miejscu stara kaplica. Mroczne czasy II wojny światowej też odcisnęły tu swój ślad. Pobliską kopalnię wapienia przekształcono w podziemną fabrykę zbrojeniową oznaczoną jako B5-Richard, a znajdującą się nieopodal willę zasiedlili członkowie SS, którzy zarządzali przebudową tajnych kompleksów. Budowa podziemnych korytarzy pochłonęła wiele ofiar. Z tamtych właśnie czasów pochodzą różne niesamowite historie, o zamurowanych w piwnicach szkieletach, skarbach czy kontaktach z innymi wymiarami.
Po wojnie willa była zamieszkiwana aż do lat 90-tych (z tymi mieszkańcami to chętnie bym pogadała na temat ewentualnych zjawisk paranormalnych w chałupie) Potem budynek zaczął popadać w ruinę. Obecnie właścicielem jest jakiś Szwajcar, którego ochroniarze ponoć są niemili i czasem przeganiają turystów. Dziś jest taka pogoda, że i ochroniarze, i duchy SS-manów schowały się w mysią dziurę. Tylko buby wylazły
(teraz i kabak nie przejawiał chęci wyjścia z busia). Do środka jednak nie weszłam, obeszłam tylko ową willę dookoła. Nie wiem czy nie chciało mi się w błocie czołgać pod ogrodzeniem? Czy może bałam się, że w deszczowy i wietrzny dzień dostanę cegłą w łeb? Czy jednak miejscowe duchy po mistrzowsku spełniły swą rolę odstraszania - bo nawet nie musiały się pojawić, by cel został osiągniety? 





Do wspomnianej wcześniej podziemnej fabryki Richard niestety się spóźniliśmy... Z różnych powodów zapewne i tak byśmy się tam głęboko nie zapuszczali, ale fajnie by choć zajrzeć. A tu kilka lat temu zamurowano główne i łatwo dostępne wejścia. Tak przynajmniej mówił mi internet i znajomi. Może gdzieś po okolicznych chaszczach można znaleźć jakieś dziury, lisie jamy i inne tunele rozkute przez żądnych przygód lokalnych eksploratorów? Jednak szukać ich w ciemno, bez jakiegokolwiek punktu zaczepienia i jeszcze w taką pogodę - chyba nam się nie chce... Tak to niestety jest, że nie wszędzie człowiek zdąży. Dobrze przynajmniej, że wiosną udało się zwiedzić w Czechach inną podziemną fabrykę! ( https://jabolowaballada.blogspot.com/20 ... yka-w.html )
Pragnienie mrocznych czeluści musimy więc zrealizować w wersji "super mini"
Odwiedzamy jaskinię Hibschovą. To wykuta w piaskowcu sztolnia, z dwoma wejściami, o długości około 50 m.



Ale gęba! Ale ma jęzor!

Wnętrza bardzo się nam podobają - głównych powodem jest brak deszczu zalewającego oczy




A potem jedziemy już do domu. Leje całą drogę....
KONIEC


Wzgórze położone jest na tyle blisko od miasteczka, że mamy obawy czy nie jest traktowane jako park miejski i główna sralnia dla psów. Nie wiem jak jest tu zazwyczaj, ale dziś nie ma żywego ducha. Pewnie dlatego, że według prognoz jest właśnie ściana deszczu - opad na 100% i o dużej intensywności. Pada od kilku godzin i będzie lać nieprzerwanie aż do pojutra. Widocznie ludzie z Litomierzyc nie patrzą za okno tylko w telefon. Dzisiejsze czasy mają więc swoje plusy - mamy Radobyl wyłącznie dla siebie
Rozległymi łąkami zmierzamy w stronę kamieniołomu.

Horyzont najeżony jest miłymi dla oka stożkami wulkanów, a kolory nieba sugerują, że gdzieś tam pod chmurami zachodzi sobie słoneczko.


Na szczyt już dziś nie zdążymy. Zaraz wyłączą światło

Tutejsze bazaltowe "organy" naprawdę wyglądają spektakularnie. Pewnie same by tak nie wylazły na światło dzienne - gdyby ich nie odsłonił kamieniołom. A mówią, że przemysł ma na piękno przyrody jedynie zgubny wpływ. Ja się z tym stwierdzeniem nie zgadzam, a Radobyl jest jednym z przykładów na potwierdzenie mych racji


Póki jeszcze jest odrobina światła, podziwiamy widoki na miasto. Jeziora z wyspami, ostrzyce, fabryki, urwiska i falujące stepowe trawy! Tak serio ponoć tu rośnie dużo typowo stepowych roślin, więc nasze skojarzenia nie sa całkowiscie wyssane z palca.



Ostatni odblask zachodu.

Muszę się jeszcze dużo nauczyć jeśli chodzi o kwestię pozowania do zdjęć

No dobra... Robi się zimno, robi się głodno - trza ognicho rozpalać. Widać wyraźnie, że jest to popularne miejsce dla biwaków - teren jest tak wyczyszczony z opału, że cholernie ciężko cokolwiek znaleźć. W celu skompletowania odpowiedniej ilości chrustu przychodzi nam łazić naprawde daleko i wtargiwać to potem po dość stromej skarpie. No ale najważniejsze, że w końcu zapłonęło!


Mrok szybko utulił kamieniołom. Noc jest ciemna - ni księżyca, ni gwiazd. Niebo zawleka się coraz bardziej, a wiatr z minuty na minutę staje się chłodniejszy i bardziej przenikliwy. Przysuwamy się więc bliżej do pełgającego ognia. Ciepło pali nam pyski i brzuchy, a w plecy zimno. Trzeba by się obracać jak kurczak na rożnie. W dole świeci miasto. Niby tak blisko, ale jednak daleko...




Gdy opuszczamy nasz zaciszny kamieniołom ogrzewany ogniskiem - wpadamy w inny świat. Wiatr urywa łeb! Jak zimno! Upiornie zimno! Do busia docieramy w ostatniej chwili. Ledwo zamykamy drzwi zaczyna padać.
W nocy jak zwykle wstaję do kibelka. Zabieram parasol (bo oczywiście leje) i karimatę (aby zrobić wokół siebie parawan od lodowatego wiatru). Zaspana wysiadam z busia i zagłębiam się nieco w otaczającą ciemność. Szybko uderza mnie dziwny, niespotykany dźwięk. Nie mogę go zidentyfokować, z niczym znanym mi sie nie kojarzy, więc nieco przeraża. Jak jakieś świsty i jęki potępieńcze! Jakby śpiew, rozmowy, chichoty. Co to jest u licha?? Raz cichsze, raz głośniejsze. Jakby się ze mnie śmiało, że sikam na wygwizdowie koło kubła na śmieci. Budzę toperza i mu opowiadam. Toperz, nasz rodzinny głos rozsądku i spokoju, szybko sprowadza mnie na ziemię: "buba śpij i nie wpuszczaj zimna. To maszt. Wieje jak diabli to mu gra w antenach". No tak. Zaraz obok stoi wielki maszt. Zapomniałam o nim. Bardzo nie chciałabym mieć takiego koło domu. Ale może po jednej nocy nas nie pokręci? Moje zmartwienia przybierają więc dużo bardziej prozaiczny charakter
Rano wyraźnie widać, że pogoda się ustabilizowała. Pada, ale nie bardzo intenesywnie. Niebo zaciągnięte, ostrzyce siedzą w mgłach. Zimno jak szlag

Ruiny zamku Kamyk widziane z tej perspektywy. Na dużym zbliżeniu oczywiście.
Deszcz nie deszcz, mgła nie mgła, zimno nie zimno - ale szkoda by nie wejść na szczyt Radobyla, który mamy tu rzut beretem. Wczoraj nie zdążyliśmy, bo nas ciemność zastała. Toperz odmawia wyjścia z busia. Idziemy więc we dwie z kabakiem.

Zabieramy parasole, ale wychodząc z lasu na otwarte przestrzenie musimy je złożyć z racji na wiatr.

Na szczycie zdarzają się takie podmuchy, że i peleryny próbuje nam zerwać.



Widoki są lepsze niż przypuszczaliśmy - tzn. myślałam, że w ogóle nic nie będzie widać, a tu proszę jakie piękne przestrzenie!





Glina tak się klei do butów, że co parę kroków trzeba je czyścić patykiem. Inaczej każda noga zaczyna ważyć o kilka kilo więcej

Potem zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy willi Pfaffenhof. Niektórzy twierdzą, że budynek jest nawiedzony. W internecie można napotkać różne filmiki poławiaczy zjaw, którzy siedzą nocami w piwnicach tego obiektu z różnistymi piszczącymi sprzętami, i z większymi lub mniejszymi sukcesami próbują się z lokalnie występującym "czymś" skontaktować.
Zapewne na opinię obiektu wpływa jego położenie - stoi samotnie pośród gęstej roślinności na zboczu góry Radobyl. Również jego historia może rozbudzać wyobraźnię - zanim zbudowano willę znajdowała się w tym miejscu stara kaplica. Mroczne czasy II wojny światowej też odcisnęły tu swój ślad. Pobliską kopalnię wapienia przekształcono w podziemną fabrykę zbrojeniową oznaczoną jako B5-Richard, a znajdującą się nieopodal willę zasiedlili członkowie SS, którzy zarządzali przebudową tajnych kompleksów. Budowa podziemnych korytarzy pochłonęła wiele ofiar. Z tamtych właśnie czasów pochodzą różne niesamowite historie, o zamurowanych w piwnicach szkieletach, skarbach czy kontaktach z innymi wymiarami.
Po wojnie willa była zamieszkiwana aż do lat 90-tych (z tymi mieszkańcami to chętnie bym pogadała na temat ewentualnych zjawisk paranormalnych w chałupie) Potem budynek zaczął popadać w ruinę. Obecnie właścicielem jest jakiś Szwajcar, którego ochroniarze ponoć są niemili i czasem przeganiają turystów. Dziś jest taka pogoda, że i ochroniarze, i duchy SS-manów schowały się w mysią dziurę. Tylko buby wylazły





Do wspomnianej wcześniej podziemnej fabryki Richard niestety się spóźniliśmy... Z różnych powodów zapewne i tak byśmy się tam głęboko nie zapuszczali, ale fajnie by choć zajrzeć. A tu kilka lat temu zamurowano główne i łatwo dostępne wejścia. Tak przynajmniej mówił mi internet i znajomi. Może gdzieś po okolicznych chaszczach można znaleźć jakieś dziury, lisie jamy i inne tunele rozkute przez żądnych przygód lokalnych eksploratorów? Jednak szukać ich w ciemno, bez jakiegokolwiek punktu zaczepienia i jeszcze w taką pogodę - chyba nam się nie chce... Tak to niestety jest, że nie wszędzie człowiek zdąży. Dobrze przynajmniej, że wiosną udało się zwiedzić w Czechach inną podziemną fabrykę! ( https://jabolowaballada.blogspot.com/20 ... yka-w.html )
Pragnienie mrocznych czeluści musimy więc zrealizować w wersji "super mini"



Ale gęba! Ale ma jęzor!

Wnętrza bardzo się nam podobają - głównych powodem jest brak deszczu zalewającego oczy




A potem jedziemy już do domu. Leje całą drogę....
KONIEC
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"
na wiecznych wagarach od życia..
na wiecznych wagarach od życia..
Re: "Ostrzyce" czyli Czeskie Średniogórze (2025)

ach - gdy to zdjęcie było w letni słoneczny dzień to byłby to ideał! A tak jest super - te łąki jak bieszczadzkie połoniny!
Re: "Ostrzyce" czyli Czeskie Średniogórze (2025)
Wieje jak diabli to mu gra w antenach". No tak. Zaraz obok stoi wielki maszt.
jak spaliśmy kiedyś w czeskiej wiacie, to przez północy zastanawiałem się co tak wyje, dźwięk był bardzo dziwny, czasem jak cała fabryka. A to wieża widokowa się darła i to całkiem oddalona
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
Re: "Ostrzyce" czyli Czeskie Średniogórze (2025)
_laynn pisze:[
ach - gdy to zdjęcie było w letni słoneczny dzień to byłby to ideał! A tak jest super - te łąki jak bieszczadzkie połoniny!
No chyba, że ludzie by zasłaniali widoki
Plus taki, że dzień mielismy wietrzny i te połoniny jeszcze tak fajnie falowały! Tego niestety na zdjęciu nie widać
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"
na wiecznych wagarach od życia..
na wiecznych wagarach od życia..
Re: "Ostrzyce" czyli Czeskie Średniogórze (2025)
Pudelek pisze:Wieje jak diabli to mu gra w antenach". No tak. Zaraz obok stoi wielki maszt.
jak spaliśmy kiedyś w czeskiej wiacie, to przez północy zastanawiałem się co tak wyje, dźwięk był bardzo dziwny, czasem jak cała fabryka. A to wieża widokowa się darła i to całkiem oddalona
Zawsze jakoś najbardziej niepokoją odgłosy, których człowiek nie potrafi zidentyfikowac.
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"
na wiecznych wagarach od życia..
na wiecznych wagarach od życia..
Kto jest online
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 43 gości
