Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Relacje pozagórskie ze świata.
Awatar użytkownika
Pudelek
Posty: 8872
Rejestracja: 2013-07-08, 15:01
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Pudelek » 2025-10-06, 16:31

Naszą bazą noclegowo-wypadową w Siedmiogrodzie była wioska Blăjel (węg. Balázstelke, niem. Klein-Blasendorf). Położona kilka kilometrów na północ od Mediaș i jest to praktycznie samo serce Transylwanii.

Obrazek

Historia Blăjel sięga co najmniej XIV wieku, a przynajmniej z tego stulecia pochodzi pierwsza wzmianka o niej. Jak w niemal każdej siedmiogrodzkiej miejscowości mieszkało w niej kilka narodowości, ale dominowali Rumunii. Do czasów II wojny światowej drugą nacją byli Niemcy, następnie Węgrzy i pojedynczy Żydzi. W okresie komunizmu liczba Niemców zaczęła spadać, choć jeszcze w latach 70. było ich w gminie kilkaset. Obecnie zostało kilka osób, natomiast Madziarów mieszka ponad dwustu (na półtora tysiąca osób). Ciężko oszacować rzeczywistą liczbę Cyganów - spis mówi o kilkunastu procentach, lecz chodząc ulicami ma się czasem wrażenie, że jest ich większość.

Obrazek
Obrazek

Zabudowa to liczne domy w stylu siedmiogrodzkim. Nie wszystkie są bardzo stare, niektóre noszą daty z okresu powojennego, lecz architektonicznie nawiązują do bardziej leciwych sąsiadów. Część jest mocno zaniedbanych, wiele to opuszczone rudery, ale nierzadko zobaczymy obiekt odpicowany, w który włożono kupę kasy.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Przy głównym skrzyżowaniu stoją dwa Pomniki Poległych, oba rumuńskie. Pierwszowojenny prezentuje klasyczną formę, natomiast drugowojenny to poszarzały łuk z trzema nogami.

Obrazek
Obrazek

W Blăjel znajdziemy aż cztery świątynie i podobną ilość cmentarzy. Podobną, ponieważ nie jestem do końca pewien, jak należy je liczyć. Najbliżej przelotówki wybudowano w 1864 roku cerkiew greckokatolicką. Tę religię wyznaje kilka procent mieszkańców.

Obrazek

Dookoła rozciąga się niewielki cmentarz. Cechą charakterystyczną nie tylko na tej nekropolii, ale również na innych, są symbole Drzewa Życia.

Obrazek

Wiele to grobów żołnierskich, pewnie większość symboliczna. Na starszych widnieją zdjęcia mężczyzn w austro-węgierskich mundurach i daty wraz z miejscami śmierci oraz wiek. Czasem wygląda to ciekawie: na jednym jest napisane "1915, Rosja, Brześć Litewski", a na sąsiednim również "1915, Brześć Litewski", ale już "Polska".

Obrazek
Obrazek

Jeszcze więcej jest poległych w II wojnie światowej: "1942, Rosja, 23 lata; 1944, Rosja, 24 lata; 1945, obóz jeniecki, Rosja, 23 lata; 1942, Lichatschieva, Rosja, 30 lat". Niekiedy na jednym nagrobku upamiętniają i ojca i syna, których śmierć dzielą niecałe trzy dekady.

Obrazek

Niedaleko cerkwi katolickiej wznosi się prawosławna. To dość nowa świątynia, w dodatku miała zamkniętą bramę i nie udawało się wejść nawet na podwórko, więc nie budziła mojego większego zainteresowania.

Obrazek

Do kolejnego domu modlitwy trzeba się wspiąć. Na wzgórzu stał kiedyś kościół warowny, ale pod koniec XIX wieku był w tak złym stanie, że postanowiono go zburzyć. W jego miejscu w 1901 roku wybudowano nowy obiekt w stylu neogotyckim, służący niemieckim ewangelikom.

Obrazek
Obrazek

Z powodu braku wiernych kościół nie jest już obecnie używany. Dookoła panuje cisza przerywana tylko brzęczeniem owadów i cykadami. Można stąd popatrzeć na pofałdowaną okolicę.

Obrazek

Obok mamy cmentarz, nieco zaniedbany i częściowo zarośnięty. Poza pojedynczymi przypadkami ostatnie pochówki to lata 70. i 80., końcówka ery Ceaușescu. Drzewa Życia pojawiają się zamiast krzyży.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Nie mogło braknąć ofiar wojennych. Oczywiście dominują napisy o treści "gefallen in Russland". Niemieccy obywatele trafiali do rumuńskiego wojska i wysyłano ich na wschód, jak innych obywateli. Były jednak wyjątki: rumuńscy Niemcy mogli zaciągać się ochotniczo do jednostek Waffen-SS, m.in. do Dywizji Górskiej "Prinz Eugen". Stacjonowała ona w okupowanej Jugosławii i zasłynęła z wielu zbrodni wojennych. Poległy w 1943 roku Erhard nie był zatem przypadkowym poborowym.

Obrazek

Najstarszy nagrobek z napisami po węgiersku.

Obrazek

Trochę bardziej na południe jest wydzielona osobna kwatera i właśnie nie wiem, czy to jest osobny cmentarz, czy część ewangelickiego. Jest na niej tylko kilkanaście grobów z rumuńskimi nazwiskami, po zdjęciach wydaje się, że przynajmniej część z nich to Romowie. A może to sektor rzymskokatolicki??

Obrazek
Obrazek

Samotne gospodarstwo oddziela tę kwaterę od cmentarza kalwińskiego, gdzie leżą prawie sami Węgrzy. Tutaj również wiele grobów nie posiada krzyża, a jedynie Drzewo Życia.

Obrazek
Obrazek

Madziarzy mają ciasną, ale własną kaplicę kalwińską.

Obrazek

Największy cmentarz, prawosławny, był w pobliżu nowej cerkwi, ale wyglądał na tyle nowocześnie, że go odpuściłem.

Pierwotnie planowałem, że nocować będziemy na znanym już nam kempingu w wiosce Aurel Vlaicu w zachodnim Siedmiogrodzie. Prowadzili go Holendrzy i posiadał basen. Kilka tygodni przed wyjazdem zacząłem jednak czytać, że kemping strasznie podupadł, syf, bród, bezpańskie psy, nikt o niego nie dba. Poszukałem więc innego i znalazłem właśnie Blăjel - tutejszy kemping też prowadzi Holender i też posiada basen ;). W letnie miesiące jest on wielkim atutem.

Obrazek
Obrazek

Kemping jest niewielki, to de facto podwórko mogące pomieścić kilkanaście osób. My postanowiliśmy zamieszkać w pokoju, a właściwie w apartamencie ulokowanym na parterze takiego pięknego, starego domu.

Obrazek

A w środku pokój z wielkim łóżkiem i starym piecem kaflowym, wielka kuchnia i łazienka. Jedyny minus był tak, że nie działał telewizor. Powiedziałem gospodarzowi, że lubię słuchać miejscowej muzyki, więc przyniósł nam... radio :D.

Obrazek
Obrazek

Dawniej obok stał drugi stary dom, ale Holender go zburzył i postawił nowy, mniejszy. Nie jest to architektura siedmiogrodzka, lecz może się podobać. Widać też, że zielony kolor to podstawa, studnię, płot i bramę też tak pomalowano.

Obrazek
Obrazek

Sporo tu kwiatów, drzewek, nie jest to betonowa pustynia.

Obrazek

Cerkiew prawosławna wydaje się być zaraz za płotem.

Obrazek

Czas wolny mija na czytaniu zaangażowanej literatury, drzemaniu, piciu piwa i podjadaniu. A także łapaniu niespodziewanej opalenizny: pierwszego dnia przy zachmurzonym niebie tak nas spiekło, że wyglądaliśmy jak kurczaki z rożna!

Obrazek

Co jakiś czas ulicą przemknie karetka na sygnale. I w związku z tym mała dygresja: w latach 80. pogotowie ratunkowe ponoć nie wyjeżdżało do osób w wieku 70 i więcej lat. Powód? Oszczędności, towarzysz Ceaușescu uważał, że nie ma sensu ratować chorych, którzy już się państwu nie przydadzą. W związku z tym obywatele masowo podawali, że mają 69 lat, a lekarze udawali, że w to wierzą.

Obrazek

Oczywiście nie mogło zabraknąć kąpieli. Gospodarz twierdził, że woda ma 24 stopnie i taką temperaturę pokazywał termometr. Moim zdaniem był on jednak trzaśnięty (termometr, nie gospodarz), gdyż woda była bardzo zimna! Jeszcze długo po zanurzeniu czuć było dreszcze, na pewno nie mam takiej reakcji przy 24 stopniach! I nie była to raczej zasługa różnicy temperatur (w Blăjel powietrze miało wówczas nieco ponad 30 stopni), ale fakt, że pobieraną ją... ze studni :D.

Obrazek
Obrazek

Czasem niebo zaciągało się ciemnymi chmurami, a z różnych stron zaczęły dochodzić odgłosy burzy. Rumuńskie Karpaty słyną latem z dynamicznej pogody, pamiętam ją z poprzednich wizyt. Co prawda okoliczne szczyty nie są zbyt wysokie, dochodzą do pięciuset metrów, ale to jednak góry.
Holender spoglądał wówczas na niebo fachowym wzrokiem i stwierdzał.
- Będzie albo nie będzie padać.
Prorok jakiś albo baca?
- U nas rzadko pada - wyjaśniał. - Wzgórza deszczu nie przepuszczają. W Mediaș potrafi lać, a u nas sucho.
I miał rację, czasem spadło kilka kropel i nic poza tym. Jedyny deszcz trafił się pierwszej nocy.

Obrazek
Obrazek

Moją ulubioną czynnością było wchodzenie po stromych schodach na piętro, skąd z balkonu można było popatrzeć na najbliższą okolicę. Sąsiadujące z nami gospodarstwo, rzędy czerwonych i brązowych dachów, jeden z trzech sklepów, cerkiew unicka. Bardzo mi się podobał ten widok, więc uwieczniałem go o każdej porze dnia.

Obrazek

Obrazek
Obrazek

Kemping z góry, a na drugim zdjęciu spojrzenie w stronę głównej ulicy oraz na kościół ewangelicki.

Obrazek
Obrazek

Miejscowa menażeria. Za drugim płotem było więcej kur, które lubiły dawać długie koncerty. Wieczorami sporadycznie ujadały psy, przelatywały wojskowe śmigłowce oraz kłócili się Cyganie, których było słychać na pół wioski.

Obrazek

Generalnie tłumów na kempingu nie było. To ponoć norma, większa frekwencja jest dopiero w sierpniu. Pod dachem, oprócz nas, nie spał nikt. Pod namiotem lub w kamperach w sumie przewinęło się z dziesięć osób, w tym dwie rodziny z Polski. Z jedną, mieszkającą w Jeleniej Górze, siedzieliśmy dość długo w pierwszy wieczór po przyjeździe. Zwiedzali Rumunię bez klimatyzacji, bo mieli stare auto i wozili ze sobą słoiki. To drugie było jednak wytłumaczalne, gdyż dziewczyna była uczulona na tyle produktów, że strach było cokolwiek tykać niesprawdzonego. Oprócz Polaków zjawiali się Niemcy na rowerach i Holendrzy, których główną czynnością były nieustanne przepierki.
Próbowaliśmy zachęcić gospodarza, aby napił się z nami wina, ale odmówił.
- Nie mogę - podciągnął koszulę i pokazał długą szramę, ślad po operacji.
Facet jest naprawdę sympatyczny, trochę gaduła, ale miał jedną wadę: jak chodził, to ciągle gwizdał. Uwierzcie mi, po pewnym czasie zaczyna człowieka szlag trafiać :P.
Twierdził, że prowadzi kemping od czterech lat, ale jednocześnie tak opowiadał, jakby siedział w Blăjel od trzydziestu. Jedno drugiego nie wyklucza.
- Kiedyś w wiosce był bar, restauracja i piekarnia. Teraz zostały tylko kościoły, ale nikt do nich nie chodzi, czasem starsi ludzie - kiwał głową. - Młodzi stąd uciekają, przyjeżdżają tylko na weekendy. Jakbym się chciał wybrać do kina, to mam godzinę drogi! Teraz jest ciepło, jest ruch, ale w zimę tu naprawdę nie ma co robić, czarna rozpacz. Tu było piętnaście rodzin holenderskich, kupowaliśmy domy po Niemcach, którzy nagle wyjechali. Jednego roku Niemcy tu żyli, w kolejnym już nie było prawie nikogo. Teraz czasem wracają z wnukami, pokazać szkołę i dawne mieszkania. Ale Holendrzy też się zwinęli, oprócz mnie mieszka w Blăjel już tylko jeden.
Jak na prowadzącego kemping przystało, był poliglotą.
- Mówię po angielsku, niemiecku, szwedzku i norwesku. Pracowałem kiedyś w Skandynawii - wyjaśniał, widząc nasze zdziwione miny. - Tylko z rumuńskim idzie mi słabo. Syn i córka mieszkają w Norwegii, tam teraz też są upały. Ale szybciej polecą do Rzymu niż odwiedzą mnie, tu są kiepskie połączenia. Niby w Klużu jest lotnisko, ale mało lotów. To już prędzej ja do nich pojadę jesienią.

Obrazek

Brak knajpy był największym (i chyba jedynym) minusem pobytu. Na wakacjach zawsze stołujemy się w lokalach, gotowanie zostawiamy w domu. A tu nie mieliśmy wyboru. Jak już wspomniałem, są trzy sklepy, w tym jeden dokładnie naprzeciwko kempingu. Codziennie wieczorem kupowaliśmy sobie tam piwo i siadaliśmy z nim na tarasie. Czasem towarzyszyli nam mieszkańcy, najczęściej Cyganie. Piętnastolatki z papierosem w gębie popijające colę, niewiele starsze dziewczyny w ciąży, zazwyczaj drugiej, ale też te dojrzałe, w pięknych, kolorowych strojach, z warkoczami przeplatanymi czerwonymi wstążkami. Żałuję, że nie zrobiłem im zdjęć. Oczywiście jako cudzoziemcy budziliśmy zainteresowanie, ale pozytywne. Słychać było czasem szepty za plecami (Polonia, Polonia). Wyjątkiem był spacer w ciągu dnia, kiedy po coś poszedłem na wieś - wtedy w cieniu, pod drzewami, przy drogach, siedziało albo leżało pełno młodych Cyganek z dzieciakami. Potrafiły za mną łazić z wyciągniętą ręką i nieśmiertelnym "dej, dej", ale wystarczyło je olać.

Któregoś wieczoru pod sklep podjeżdża samochód na poznańskich blachach. Wychodzi wesoły Cygan.
- Dzień dobry! - krzyczy do nas po polsku. - Meine Auto jest z Polska! - chwali się.
Ciekawe, że rumuńscy Romowie jeżdżą z polskimi rejestracjami.
- Do widzenia! - macha na pożegnanie.
Kolejnego wieczoru znowu go widzimy, witamy się jak ze starym znajomym. Tym razem towarzyszy mu drugie auto z rejestracją z Wrocławia. Jakaś nowa moda?

Obrazek

Pod drugi sklep (market samoobsługowy) Cyganie podjeżdżają końskimi wozami. Tata idzie na zakupy, syn pilnuje.

Obrazek

Skoro nie można kupić obiadu, to musiałem gotować. Do jajecznicy wykupiliśmy prawie wszystkie jajka ze sklepów, czym wzbudziliśmy sensację, bo inni zazwyczaj brali jedynie dwie, trzy sztuki ;).

Obrazek

Gdy znudziło się odpoczywanie i przesiadywanie pod sklepem, zawsze można było ruszyć na spacer. Najprzyjemniej było na wzgórzach z kościołem ewangelickim, zwłaszcza w promieniach kończącego się dnia.

Obrazek
Obrazek

Widoki na wioskę i pola. Sielsko.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

W trawie pasie się samotna owca. Nagle zrywa się, bo na łąkę wbiegły dwa wielkie, czarne psy. Nie miały wobec niej złych zamiarów, ale tak ją przestraszyły, że zaczęła lecieć w moim kierunku, becząc ze strachem, jakby chciała prosić o pomoc.

Obrazek
Obrazek

Uwieczniam niedokończony cygański pałac...

Obrazek

...i nagle aparat wysyła komunikat: "uszkodzona karta! Wymień na inną!". Początkowo sądziłem, że spieprzył się adapter, to się często zdarza, ale nie - jednak padła karta! Nowa, kupiona krótko przed wyjazdem! Prawie tysiąc zdjęć przepadło, w tym z Timișoary i kościołów warownych! Nie powiem, lekko się załamałem! Na szczęście po powrocie do domu udało się odzyskać większość z nich, ale efekt takiego wydarzenia był taki, że Blăjel fotografowałem później na trzech różnych kartach, więc z samej wioski mam kilkaset fotek!

W kolejny spacer idziemy bocznymi ulicami, a potem główną.

Obrazek
Obrazek

I znowu wychodzimy na wzgórze, gdzie ponownie pałętają się różne zwierzaki.

Obrazek
Obrazek

Na koniec trochę ujęć wieczorno-nocnych. Wioska szybko kładła się spać, po zmroku właściwie nikt, poza mną, się nie pałętał i tylko siwy dym z kominów podpowiadał, że niektórzy jednak żyją. Wyjątkiem był jeden wieczór, kiedy w Domu Kultury obok Pomników Poległych odbywała się jakaś młodzieżowa impreza, wtedy kręciły się tam dziesiątki wystrojonych dzieciaków z zaaferowanymi rodzicami.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Ostatnio zmieniony 2025-10-14, 12:46 przez Pudelek, łącznie zmieniany 1 raz.
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
Awatar użytkownika
Sebastian
Posty: 7027
Rejestracja: 2017-11-09, 17:18
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Sebastian » 2025-10-08, 20:58

Muszę powiedzieć, że jak na Pudelkowe standardy to apartament prima sort!
Awatar użytkownika
Pudelek
Posty: 8872
Rejestracja: 2013-07-08, 15:01
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Pudelek » 2025-10-08, 21:34

Na wakacyjnych wyjazdach bardzo rzadko narzekam na standard. Nie potrzebujemy pozłacanych kibli w toalecie ;)
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
Awatar użytkownika
buba
Posty: 6866
Rejestracja: 2013-07-09, 07:07
Lokalizacja: Oława
Kontakt:

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: buba » 2025-10-14, 11:31

Przyjemna wiocha! I taki fajny sielski klimat relacji - no moze oprócz przygód z kartą....

Drzewa Życia pojawiają się zamiast krzyży.


A co to są te drzewa zycia?

i też posiada basen ;). W letnie miesiące jest on wielkim atutem.


Prędzej wanna ;) Popływać to sie chyba w nim nie bardzo da.

My postanowiliśmy zamieszkać w pokoju, a właściwie w apartamencie ulokowanym na parterze takiego pięknego, starego domu.


na gorze tez były pokoje? Bo fajny balkonik i kształt scian by byl

Sporo tu kwiatów, drzewek, nie jest to betonowa pustynia.


Mam wrazenie ze w innych krajach jest z tym lepiej, ze to u nas jakos obecnie ukochali betonową pustynię.

Moją ulubioną czynnością było wchodzenie po stromych schodach na piętro, skąd z balkonu można było popatrzeć na najbliższą okolicę. Sąsiadujące z nami gospodarstwo, rzędy czerwonych i brązowych dachów, jeden z trzech sklepów, cerkiew unicka. Bardzo mi się podobał ten widok, więc uwieczniałem go o każdej porze dnia.


Nie dziwie sie. Tez bym tak robila :)
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
Awatar użytkownika
Pudelek
Posty: 8872
Rejestracja: 2013-07-08, 15:01
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Pudelek » 2025-10-14, 12:30

Drzewo Życia symbolizuje nieśmiertelność. Często pojawia się u ewangelików zamiast krzyża, podobno Siedmiogród właśnie w tym celuje.

Prędzej wanna ;) Popływać to sie chyba w nim nie bardzo da.

wbrew pozorom on jest długi na 12 metrów, więc jak ktoś chce sobie spokojnie popływać, to jak najbardziej się da :)

na gorze tez były pokoje? Bo fajny balkonik i kształt scian by byl

były. Ale za tą samą cenę co apartament kibel był na korytarzu plus brak kuchni. No i jak sprawdzałem, to tam strasznie nagrzane było i duszno, słaby ruch powietrza, na dole mieliśmy bardzo przyjemną temperaturę podczas upałów.
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
Awatar użytkownika
buba
Posty: 6866
Rejestracja: 2013-07-09, 07:07
Lokalizacja: Oława
Kontakt:

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: buba » 2025-10-14, 14:02

Drzewo Życia symbolizuje nieśmiertelność. Często pojawia się u ewangelików zamiast krzyża, podobno Siedmiogród właśnie w tym celuje.


A jak to drzewo wyglada? Bo tak jak patrze na zdjeciach to nie mogę wypatrzec czegos co by mi na drzewo pasowalo

były. Ale za tą samą cenę co apartament kibel był na korytarzu plus brak kuchni. No i jak sprawdzałem, to tam strasznie nagrzane było i duszno, słaby ruch powietrza, na dole mieliśmy bardzo przyjemną temperaturę podczas upałów.


Ano tak. Pod dachem czasem lubi sie robic niezła sauna
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"



na wiecznych wagarach od życia..
Awatar użytkownika
Pudelek
Posty: 8872
Rejestracja: 2013-07-08, 15:01
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Pudelek » 2025-10-14, 14:18

jest na kilku zdjęciach, chyba najlepiej widoczne tutaj u grekokatolików:

Obrazek
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
Awatar użytkownika
buba
Posty: 6866
Rejestracja: 2013-07-09, 07:07
Lokalizacja: Oława
Kontakt:

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: buba » 2025-10-14, 15:02

A rozumiem. Czyli drzewo narysowane - myślałam, ze moze taki kamienny pień, bo tez kiedys takie cos widzialam na jakims cmentarzu
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"



na wiecznych wagarach od życia..
Awatar użytkownika
Pudelek
Posty: 8872
Rejestracja: 2013-07-08, 15:01
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Pudelek » 2025-10-17, 20:40

Siedmiogród słynie ze swoich kościołów obronnych, ale na jego terenie są też inne unikalne świątynie, które warto odwiedzić. Do dwóch z nich zajrzeliśmy podczas podróży z centrum Transylwanii w stronę Dunaju. Obie leżą przy małych wioskach na terenie okręgu Hunedoara i obie należą do najstarszych w całej Rumunii.

Pierwszy z nich znajduje się w miejscowości Strei (Zeykfalva, Zeikdorf). Tambylcy niezbyt się nim chwalą, wypłowiałe tabliczki tak nas kierują, że stajemy przed bramą jakiegoś gospodarstwa. Krzątająca się tam kobieta na nasz widok pospiesznie zamknęła bramę. Zawracam i parkuję przy skrzyżowaniu, bo innych miejsc dla samochodów brak. Po chwili kombinowania odkrywamy, że należy przejść przez niepozorną furtkę i ścieżką pomiędzy dwoma ogródkami podejść na cmentarz, przy którym stoi kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (Biserica Adormirea Maicii Domnului).

Obrazek

Już na pierwszy rzut oka widać, iż to niemłoda konstrukcja. Datowany jest na XIV wiek, choć są opinie, że może być o półtora stulecia starszy. Kościół powstał prawdopodobnie jako kaplica dworska, bo w pobliżu odkryto resztki posiadłości książęcej. Reprezentuje styl romański i wczesnogotycki, silne są tu zwłaszcza wpływy bizantyjskie. Jako budulca użyto kamieni oraz elementów pochodzących z rzymskich konstrukcji (w okolicy znajdowała się antyczna willa).

Obrazek

Do dzwonnicy dobudowano w późnym średniowieczu narteks, który później rozebrano. Z kolei po północnej stronie do nawy dołożono małą kaplicę służącą ewangelikom, lecz też została z biegiem lat rozebrana.

Obrazek

Wewnątrz częściowo zachowały się freski, ale drzwi są zamknięte na głucho. W ogóle wydaje się, że mało kto tutaj zagląda, a na cmentarzu rośnie sporo zielska. Z zewnątrz resztki malowideł uchowały się jedynie przy oknach.

Obrazek

Drugi kościół położony jest kilkadziesiąt kilometrów dalej na południe. Należy nieco odbić z głównej drogi krajowej: do wioski Densuș (Demsus, Demsdorf) prowadzi boczna, ale bardzo dobrej jakości szosa. Ponieważ ruchu praktycznie brak, to co jakiś czas staję, aby zrobić zdjęcia okolicznych gór, zdaje się, że to pasmo Retezat. Jest duszno, parno, a górne partie skryte są w chmurach.

Obrazek
Obrazek

Kościół w Densuș przypomina mi zabawkę złożoną przez gigantyczne dziecko z różnych, nie do końca pasujących do siebie elementów!

Obrazek

Żeby odpowiedzieć na pytanie jaki jest stary, muszę najpierw napisać o czymś pozornie kompletnie nie związanym ze świątynią, a mianowicie o... pochodzeniu Rumunów! Istnieją dwie główne teorie na ten temat, wzajemnie się wykluczające. Pierwsza, tzw. "dako-rzymska", twierdzi, że Rumuni to bezpośredni potomkowie starożytnego ludu Daków i Rzymian, którzy ich podbili, potem utworzyli na ich terenie rzymską prowincję, a po półtora wieku wycofali się za Dunaj. Jest ona bardzo popularna w samej Rumunii, bo dzięki niej udowadnia się, iż Rumuni, choć pod innymi nazwami, byli tu "od zawsze" i zachowują ciągłość osadniczą. Dla odmiany rzadko brana jest na poważnie poza granicami kraju; jeden z amerykańskich historyków stwierdził, że ma ona tyle wspólnego z prawdą, co ewentualne oświadczenie Ronalda Reagana, iż pochodzi od Pocahontas :D. Wskazuje się, że źródła milczą o obecności przodków Rumunów po upadku administracji rzymskiej i wspominają o nich dopiero prawie tysiąc lat później, w XII i XIII wieku. Okres rządów rzymskich był także zbyt krótki, aby na trwale zromanizować miejscową ludność. Dodatkowo wydawać się też może nieprawdopodobne, że zromanizowani mieszkańcy prowincji oraz żyjący tu obywatele rzymscy nie skorzystali z możliwości wycofania się razem z rzymskim wojskiem i zostali w "dziczy", narażając się na ataki barbarzyńców. Druga teoria zwie się "imigracyjną": według niej Rumuni są potomkami zromanizowanych ludów podbitych przez Rzymian, lecz przybyli tu zza Dunaju, z terenów dzisiejszej Bułgarii, Macedonii, Kosowa i to dopiero po X wieku albo jeszcze później. Powodem wędrówki miało być zagrożenie ze strony kolejnych bałkańskich ludów, natomiast Karpaty dawały pewną ochronę, więc emigranci osiedlali się głównie w górach, dając początek Wołochom. Migrując wchłaniali przedstawicieli innych plemion, a na miejscu mogli zasymilować resztki ludności dackiej żyjącej na tych ziemiach, lecz nie była ona czynnikiem dominującym. Innymi słowy: Rumuni nie pochodzą od Rzymian, praktycznie nie pochodzą od Daków, ale są mieszanką wielu dawnych ludów, w tym Słowian. Co ciekawe, w przypadku obu teorii powołuje się na kwestie lingwistyczne, które mają popierać raz jedną, a raz drugą opcję.
Dyskusja na ten temat przypomina tę o pochodzeniu Słowian na terenie Polski i może wydawać się śmieszna w XXI wieku, ale to poważna sprawa, zwłaszcza w sporze z Węgrami o to, kto ma większe prawo do Siedmiogrodu i innych, dawniej madziarskich ziem. Nie przez przypadek teoria "dako-rzymska" pojawiła się w okresie rumuńskiego odrodzenia narodowego i stała się mitem założycielskim formowania nowego narodu i języka. Faktem natomiast jest, że gdy Węgrzy weszli do Transylwanii i przyłączyli ją do swego królestwa, to nie istniała tu żadna organizacja państwowa ani nawet plemienna, a tereny te były bardzo rzadko zaludnione.
Nie zmienia to faktu, że jak Rumunia długa i szeroka mamy pełno pomników nawiązujących do domniemanego dackiego i rzymskiego pochodzenia, wiadomo bowiem, że legendy sprzedają się najlepiej.

Dlaczego ja w ogóle o tym piszę? Bo tutaj, przy średniowiecznym kościele, wielka polityka odcisnęła małe piętno. Właściciel świątyni, rumuński kościół prawosławny, lansuje teorię o tym, że obiekt ten to dawne pogańskie sanktuarium z czasów rzymskich, które Dakowie (w domyśle: wcześni Rumuni) zaadaptowali na kościół chrześcijański, ma więc ono prawie dwa tysiące lat. Ponoć nie zgadza się na dokładne prace archeologiczne, które mogłyby potwierdzić lub - co bardziej prawdopodobne - odrzucić tę teorię. Naukowcy w większości są zgodni, że taka datacja to bzdura. Kościół ma być średniowieczny, powstał w XII lub XIII wieku, co i tak czyni go jednym z najstarszych w Rumunii. Jego głównym elementem jest kwadratowa nawa nad którą wznosi się wieża, natomiast boczną kaplicę dodano później i obecnie nie posiada dachu. Układ świątyni jest nietypowy dla tej części Europy i przypomina obiekty ormiańskie.

Obrazek

Nie sposób nie zauważyć znacznej ilości antycznych elementów, których użyto do budowy: widać rzymskie kolumny, słupy, nagrobki, bloki kamienne z inskrypcjami, cegły, fragmenty akweduktu. Pochodzą z oddalonych o kilka kilometrów ruin stolicy rzymskiej prowincji Ulpia Traiana Sarmizegetusa (kiedyś też już ją zwiedzaliśmy).

Obrazek
Obrazek

Rolę okien pełnią rzymskie studzienki ściekowe :).

Obrazek

Densuș jest lepiej przygotowane na turystów niż Strei: dojazd był nieźle oznaczony, przed terenem kościelnym znajduje się niewielki parking, a także dwa drewniane wychodki. Co najważniejsze: cerkiew jest otwarta. Nadal odprawia się tu liturgię, co po raz kolejny czyni świątynie wyjątkową. Wnętrza są malutkie, z trudem mieszczą kilka osób. Wypełniają je cztery filary z rzymskiej układanki (na jednym z kamieni zachował się rysunek konia). Po usunięciu antycznych inskrypcji zostały w XV wieku pokryte malowidłami.

Obrazek
Obrazek

Trochę turystów się tu kręci (ale nie ma mowy o tłumach), a w środku można kupić dewocjonalia i pamiątki. Nabywamy świeczkę, którą tradycyjnie od razu zapalam oraz... butelkę klasztornego wina ;).

O ile kościół w Strei mógł być początkowo katolicki, o tyle tu mamy od początku do czynienia z cerkwią, przy czym od czasów reformacji aż do XIX wieku pełnił on rolę świątyni kalwińskiej, w związku z czym malowidła pokryto tynkiem. W pewnym momencie był tak zniszczony, że mieszkańcy chcieli go zburzyć, ale został uratowany przez władze austro-węgierskie i już w 1870 roku ogłoszono go zabytkiem. Dziś oczekuje na wpisanie go na Listę Dziedzictwa UNESCO.

Obrazek

Zabudowa wioski, liczącej niecałe czterystu mieszkańców.

Obrazek

Zaglądam na ogrodzony płotem trawnik położony za drogą. Okazał się zaniedbanym węgierskim cmentarzem. Kilka porozwalanych nagrobków i jeden zachowany ze słabo czytelną inskrypcją - kobieta zmarła w 1868 roku.
W czasach habsburskich mieszkało tu kilkudziesięciu Madziarów, obecnie miejscowość jest prawie całkowicie rumuńska.

Obrazek

W furtce na cmentarz leży kot z gatunku towarzyskich pieszczochów. Chodzi wszędzie za nami, czai się pod wychodkiem i domaga głaskania. Na parkingu leży drugi. Mało brakowało, aby przejechali go terenówką Czesi, którzy tak manewrowali wozem, jakby robili to pierwszy raz w życiu. Jak już sobie Pepiki pojechali, to oba koty dostały saszetkę mokrej karmy do podziału ;).

Obrazek
Obrazek

Nieśpiesznie wracamy do głównej drogi. W górach nadal się kłębi, można odnieść wrażenie, że szaleją tam pożary.

Obrazek

Coś nam stuka w bagażniku, więc zatrzymujemy się, aby przepakować bagaże. W ten oto sposób przypadkowo odkrywam kościół ewangelicki w wiosce Peșteana (Nagypestény). Był używany przez węgierską społeczność religijną do końca ostatniego stulecia, ale potem zabrakło wiernych.

Obrazek

Fajne malowanie mostów: żółty i niebieski w połączeniu z czerwonymi kwiatami tworzą kolory rumuńskiej flagi.

Obrazek

Wracam na drogę krajową i muszę napisać, że od początku jestem mile zaskoczony jazdą. Dziewięć lat temu pokonywaliśmy tę samą trasę na południe i pamiętam, że jechało się źle, był duży ruch, setki ciężarówek. A dziś tirów prawie nie ma, poruszamy się bardzo płynnie, choć uważać trzeba, bo w wielu nieoczywistych miejscach czai się policja. W pewnym momencie widzę leżącą na środku jezdni zmasakrowaną sarnę, a za zakrętem stoi samochód z równie zmasakrowanym przodem. Do wypadku musiało dojść chwilę wcześniej, pasażerowie nerwowo dzwonią po pomoc.

Z Siedmiogrodu wjechaliśmy do Banatu. Jedną z pierwszych mijanych miejscowości jest Obreja (Obrézsa, Obrescha). Kojarzę ją sprzed lat z powodu nazwy. Zatrzymuję się na chwilę, aby zrobić zdjęcie Pomnika Poległych oraz szkoły, pod którą przesiadują cygańskie rodziny.

Obrazek
Obrazek

Im dłużej jedziemy, tym więcej pojawia się czystego nieba. Robi się też coraz cieplej: trzydzieści stopni przekroczyliśmy jeszcze przed południem, teraz temperatura zbliża się do czterdziestki.

Obrazek

Po szesnastej dolina, w której jechaliśmy, nagle się rozszerza a potem urywa i oto przed nami Dunaj! Za każdym razem gdy go widzę, to rozpiera mnie radość. W tym roku nie będziemy nad morzem ani nawet nad dużym jeziorem, więc rolę przedstawiciela wód pełnią rzeki. Dunaj jest tu szeroki, co jest efektem budowy hydroelektrowni z zaporami.

Obrazek
Obrazek

Do końca jazdy mamy jeszcze kilkanaście kilometrów. Skręcamy na południowy-zachód. Mijamy pierwszą elektrownię: Żelazne Wrota I, wspólny projekt komunistów z Rumunii i Jugosławii (Porțile de Fier I, Đerdap I). Jest to największa zapora na całym Dunaju i jedna z największych elektrowni wodnych w Europie.

Obrazek

Kawałek dalej korek na drodze w stronę przejścia granicznego ulokowanego na zaporze: ciężarówki całkowicie zablokowały możliwość przejazdu do Serbii!

Obrazek

Potem główna szosa odbija od rzeki. Spoglądam na termometr: czterdzieści jeden stopni! Okolica całkowicie wysuszona, w tle bije w niebo wysoki słup dymu, gdzieś coś mocno się pali.

Obrazek

Zaglądamy do wioski Cerneți, w której miał być dwór, klasztor i trzy ciekawe kościoły. Znaleźliśmy jedną trzecią z tych obiektów. Klasztor jest, ale mniszki schowały się za zamkniętą bramą i płotem, zza którego nic nie widać. Bardziej dostępna jest cerkiew św. Mikołaja (Biserica Sf. Nicolae) z końca XVIII wieku.

Obrazek
Obrazek

Wnętrza świątyni są zamknięte, ale można podziwiać freski w przedsionku.

Obrazek
Obrazek

Obok wychodka odbył się jakiś czas temu pogrzeb. Wielkość wieńców robi wrażenie.

Obrazek

Z Cerneți jest już kawałeczek do miasta o złożonej nazwie Drobeta-Turnu Severin. Stolica okręgu (odpowiednik powiatu) oraz jeden z największych portów Rumunii. Obawiałem się, że dotrzemy tu dopiero późnym wieczorem, ale już o siedemnastej trzydzieści stajemy pod pensjonatem. Telefon do właścicielki i po chwili prowadzi nas na poddasze, gdzie możemy wybrać sobie pokój do spania. Dobrze, że w każdym jest sprawna klimatyzacja...
Widok z okna mamy na główną, trzypasmową drogę, na której praktycznie brak ruchu, jest za ciepło.

Obrazek

Po szybkim prysznicu ruszamy na miasto. I tu taka ciekawostka: Cerneți oraz Drobeta-Turnu Severin to jedyne miejsca podczas wakacyjnego wyjazdu, które nie leżą na terenie dawnych Austro-Węgier. Wyjechaliśmy z Banatu i znaleźliśmy się w Oltenii, będącej częścią Wołoszczyzny. Nawet przed Wielką Wojną było to terytorium Rumunii. Wszystkie poprzednie i późniejsze miejscowości leżały w państwie Habsburgów, co pozwala sobie uzmysłowiać jak ogromny był to kraj.

W starożytności znajdował się tu rzymski obóz Drobeta. Jeszcze o nim wspomnę, ale jego istnienie stało się powodem, że w 1972 roku do dotychczasowej nazwy dodano jego nazwę tworząc językowego dziwoląga. Pomysłodawcą był nie kto inny, tylko Nicolae Ceaușescu, gorący zwolennik teorii "dako-rzymskiej". Co więcej słowo "severin" łączono z rzymskim cesarzem Septymiuszem Sewerem, ale prawdopodobnie pochodzi ono od słowa "sever", czyli "północ". Pełnej nazwy praktycznie nikt w życiu codziennym nie używa (podobnie jak w przypadku Kluż-Napoki), skracają ją do Turnu Severin lub po prostu Severin.
W średniowieczu przez pewien czas rządzili tu Węgrzy, budując nad brzegiem Dunaju twierdzę. W XVI wieku zdobyli ją Turcy, mieszkańcy osady przenieśli się do odwiedzonego wcześniej Cerneți. W XIX wieku założono miasto od nowa, zasiedlając ją ludnością z Cerneți. Wybudowano port, ulice wytyczono według dokładnego planu, dlatego większość z nich jest prosta jak strzała. Na drugim zdjęciu widać stuletnią wieżę wodną.

Obrazek
Obrazek

Ulice są puste, chyba nadal za gorąco. Nieśpiesznie idziemy do pobliskiego centrum. Jeden z większych budynków to prawosławna katedra: dość nowa, ale z pięknym, gigantycznym ikonostasem! W środku trwa nabożeństwo dla garstki osób.

Obrazek
Obrazek

Niedaleko kościoła zaparkował kamper, lecz turystów zagranicznych raczej tu nie spotkamy. Zaglądamy do parku, gdzie również pustki. Na jego środku stoi statua cesarza Trajana, w końcu to prawie rodak Rumunów ;).

Obrazek

Port i stocznię wybudowali Austriacy, co ściągnęło wielu cudzoziemców. Turnu Severin na przełomie XIX i XX wieku było miastem kosmopolitycznym, najwięcej osób mówiło po niemiecku, rumuński zajmował drugie miejsce. Mieszkali tu również Węgrzy, Włosi, Czesi, Serbowie, Żydzi i jeszcze kilka innych nacji, liczni byli ewangelicy i katolicy. Dziś to już tylko pieśń przeszłości, po której zostało nieco klasycystycznych i secesyjnych budynków. Przykładem jest teatr, obecnie Pałac Kultury (Palatul Culturii). Przed nim całkiem współczesna atrakcja: ogromna obrotowa fontanna (Fântâna Cinetică).

Obrazek

Fasada pobliskiego bloku lekko spękana.

Obrazek

Schodzimy nad Dunaj. Ruiny twierdzy podczas ostatniego remontu tak odpicowano, że rezygnujemy z ich zwiedzania. Pod murami spotykamy wreszcie ludzi: cała rodzina nabiera wodę do kilku baniaków.

Obrazek

Na drugim brzegu Bałkany, Serbia i inna strefa czasowa. Zawsze mnie fascynowało jak granica pozwala wyznaczać tak różniące się od siebie światy. W tym przypadku dzieli je około siedmiuset metrów wody.

Obrazek

Za szosą biegną tory. Część jest używana, zresztą gdzieś w tle słychać łomot lokomotywy. Z Turnu Severin można pojechać m.in. do Bukaresztu, są trzy kursy dziennie, podróż trwa sześć do siedmiu godzin. Niektóre tory są zarośnięte i prowadzą w port, gdzie widzę kuter rumuńskiej straży granicznej. A daleko w tle nadal unosi się słup dymu.

Obrazek

Centrum otaczają parki, ale większość z nich jest odgrodzona taśmami i zapuszczona.

Obrazek

Miejscowa wariacja na temat Kolumny Trajana z Rzymu oraz niezmiennie opustoszałe ulice.

Obrazek
Obrazek

Uznaliśmy, że pora byłoby coś zjeść i w tym momencie zaczynają się problemy. Kiedyś można było chodzić w tak dużym mieście w ciemno i zawsze znalazłoby się coś swojskiego, teraz bywa z tym różnie. Miałem wyszukaną restaurację z rumuńską kuchnią, lecz okazała się działać do... siedemnastej. Fajne godziny pracy. Wyszukaliśmy inną, położoną w budynku zabytkowej hali targowej, ponoć czynną do północy. Już z daleka nie podobają mi się zwinięte stoliki, zaglądam do środka... pusto, ciemno, tylko jakiś chłopak siedzi na barze i bawi się gitarą.
- Przepraszam, jest otwarte? - zagaduję nieśmiało.
- Mam to gdzieś! - rzucił z głupawym uśmiechem i wrócił do szarpania strun. Potem doczytaliśmy, że te miejsce to jakieś połączenie burdelu i pralni brudnych pieniędzy.

Wracamy w okolice teatru: tam na deptaku było kilka czynnych lokali, ale głównie międzynarodowe standardy - pizza, kebab i tym podobne. Jedna wygląda bardziej rumuńsko, ale zaczynają składać parasole.
- Otwarte? - pytam.
- Oczywiście, przecież dopiero dwudziesta - mówi zdziwiona kelnerka.
No tak, słońce schowało się za budynkami, parasole stały się niepotrzebne, a mieszkańcy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyszli na ulice, z każdym kwadransem coraz bardziej licznie. Martwe miasto nagle cudownie ożyło! Z tej okazji stuknęliśmy się kufelkami!

Obrazek

Dostajemy menu.
- Jest tylko po rumuńsku, przetłumaczcie sobie za pomocą smartfona - rzucił po angielsku kelner i poszedł. Chyba naprawdę turyści zagraniczni rzadko tu zaglądają... Co prawda nazwy dań znamy na tyle, że nie musieliśmy się uciekać do pomocy techniki, ale przerzucanie kolejnych czynności na telefony i aplikacji jest coraz bardziej irytujące. Dobrze chociaż, że nie kazał nam skanować kodu QR, jak w Timișoarze.
Dań z kuchni rumuńskiej prawie tu nie ma, ale nie narzekajmy: zamawiam crispy z kurczaka z grubymi frytkami, a Teresa owoce morza, które od biedy można uznać za produkt miejscowy. Piwo na pewno było rumuńskie. Podczas posiłku nie mogło zabraknąć ocierającego się o nogi głodomora.

Obrazek

Napełniwszy brzuchy nie zamierzamy jeszcze wracać do pensjonatu. Przechodzimy obok kolejnych przybytków, które jeszcze godzinę temu były kompletnie puste.

Obrazek

Obok zamkniętej restauracji jest czynna spelunka. Klasyczna, zewnętrzny ogródek słabo oświetlany kilkoma lampami. Miejscowi robią wielkie oczy na nasz widok, ale pełna kultura. Zapytuję barmana, czy mają palinkę. Drapie się po głowie.
- Niee, my pijemy wódkę albo whisky - wskazuje półki za sobą.
W takim razie zostaniemy przy piwie - kosztowało 8 lei.

Obrazek

Dzień jest jeszcze młody, więc kręcimy się po parku i przy fontannie błyskającej kolorami, kupujemy lody. Życie kwitnie, zaczyna się weekend.

Obrazek
Obrazek

Odprowadzam Teresę do pensjonatu, jeszcze mi mało włóczenia się. Zaglądam do pewnej knajpki mijanej po drodze. Ludzi multum. Kelnerka w szoku.
- Turysta? - zagaduje po angielsku. - Skąd przyjechałeś? Dzięki, że chciało ci się odwiedzić Severin.
Cała przyjemność po mojej stronie. Potem zachodzę na pobliskie osiedle, przemykam między blokami i samochodami. Cicho i pusto.

Obrazek

Przed snem oglądam rumuńską wersję Familiady - prowadzi ją Murzyn. Ach, ta globalizacja. A na dobicie film z lat 70. o rzymskim centurionie, który uciekł z zasadzki Daków i przygarnęła go dzielna Daczka/Daczynka. Jak się można było domyślić owocem przygarnięcia był romans i potomstwo. Tu chyba wszystko kręci się wokół dako-rzymskiej tematyki ;).

Na zdjęciu nasz pensjonat: spaliśmy w pokoju na drugim piętrze po prawej stronie.

Obrazek

Rano uderzam do piekarni po śniadanie. Przeszedłem kilkaset metrów i wróciłem mokry jak świnia. Prognoza nie pozostawia złudzeń: będzie jeszcze cieplej niż wczoraj! Pogodynka ostrzega, że nawet noce nie przyniosą ochłody.

Obrazek

Przyglądamy się okolicznym domom i zastanawiamy się, czy mają jakiś ogródek do schronienia się w cieniu. Nie mają: podwórka są małe, wybetonowane i zajmowane przez garaże lub szopy. Zieleń to pojedyncze drzewa albo pnącza.

Obrazek

O dziewiątej jest ponad trzydzieści stopni. Podjeżdżamy autem pod muzeum, na terenie którego znajdują się pozostałości Drobety. Spotykamy tam jedyną zagraniczną turystkę, zdaje się, że Brytyjkę. Przemieszcza się na rowerze i chciałaby swoje dwa kółka z bagażami gdzieś bezpiecznie zostawić, okazuje się jednak, że to problem. W gmachu wejściowym nie można, na terenie muzealnym też nie bardzo, w końcu strażnik łaskawie zgadza się, aby oparła sprzęt o drzewo.

Rzymianie wybudowali swój warowny obóz na początku II wieku, za czasów panowania cesarza Trajana. Trwały wojny rzymsko - dackie, tutejszy posterunek był pierwszym na terenie Dacji. Położony w strategicznym punkcie, na styku dróg lądowych i rzecznych, stąd ruszały rzymskie legiony na podbój głębi kraju. Wokół fortu powstało miasto, które w szczytowym momencie zamieszkiwało czterdzieści tysięcy osób (połowę tego co dzisiaj w Turnu Severin na znacznie większym obszarze). W latach 70. III wieku Rzymianie uznali, że nie są w stanie utrzymać prowincji przy ciągłym germańskim naporze i niskich dochodach z podatków. Nastąpiła ewakuacja rzymskiej armii i administracji za Dunaj; prawdopodobnie miała być tymczasowa, ale okazała się trwała (rumuńscy historycy twierdzą, że część rzymskiej administracji została i - co za niespodzianka - połączyła się z Dakami). Rzym pozostawił jednak na północnym brzegu Dunaju kilka fortów, w tym Drobetę, tak więc życie toczyło się tu nadal bez większych zmian. Co prawda najazd Hunów przyniósł duże zniszczenia, lecz ostateczny koniec Rzymu, a później Bizancjum, nastąpił w Drobecie dopiero po najeździe Awarów w 7. stuleciu. Był to jedyny fort użytkowany tak długo, przez pięć wieków.

Z punku widzenia turysty zachowane antyczne ślady nie są zbyt imponujące. Rzymski amfiteatr to głównie dziura w ziemi, a odkryto go niedawno, bo w 2010 roku. Być może przy rozbiórce jakiegoś budynku.

Obrazek
Obrazek

Teren palestry, czyli budynku do ćwiczeń. W średniowieczu używany jako cmentarz, stąd krzyż.

Obrazek

Obok stały łaźnie, bez których Rzymianie nie wyobrażali sobie życia. Wybudowano je na dwóch poziomach. Z daleka wyglądają okazale, z bliska widać, że zdecydowana większość to rekonstrukcja: oryginalne elementy położone są poniżej różowej linii. Z jednej strony pozwala to spróbować sobie wyobrazić tamte czasy, z drugiej zabija moje próby obcowania z antykiem.

Obrazek
Obrazek

Nie odkryto zbyt wiele śladów po mieście cywilnym, niemal wszystko to relikty fortu, który z biegiem lat coraz bardziej się rozbudowywał i umacniał. W przypadku jego głównej części Rumuni poszli na całość i jakiś czas temu w unijnym projekcie całkowicie zrekonstruowali siatkę ulic i zarysy budynków. Oryginalnych elementów jest tu tyle, co cienia.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Obóz powstał, aby chronić prawdziwy cud rzymskiej architektury - most Trajana. Podobno wybudowano go w rok. Składał się z dwudziestu kamienno-ceglanych filarów połączonych drewnianymi przęsłami, które w razie ataku wroga można było spalić. Mierzył tysiąc sto metrów (dziś Dunaj jest o trzysta metrów węższy), był wysoki na prawie dwadzieścia (od powierzchni rzeki, mogły pod nim przepływać statki) i szeroki na kilkanaście. Z obu stron chroniły go forty, wchodziło się na niego przez łuki triumfalne.

Obrazek

Nie wiadomo jak długo przetrwał most w swojej pierwotnej formie: niektóre źródła twierdzą, że drewniane przęsła kazał rozebrać już Hadrian, następca Trajana, inne, że nastąpiło to w czasie opuszczenia Dacji, jeszcze inne, że długo później zniszczyła go natura. Filary odkryto dla masowej wiedzy dopiero w XIX wieku, gdy Dunaj miał rekordowo niski poziom. Dwa wyburzono, bo blokowały żeglugę, część została zmyta przez silne prądy. Być może siedem z nich nadal istnieje zalane przez spiętrzone wody, ale zobaczyć można tylko dwa przyczółki na obu brzegach. Kiedyś usiłowałem dostać się do tego w Serbii, ale pobłądziłem, teraz udaje mi się popatrzeć na ten rumuński. Nie jest tego dużo, ale to w końcu prawie dwa tysiące lat!

Obrazek
Obrazek
Obrazek

W oddali widać serbski filar. Dostępny bezpłatnie, tutaj trzeba wykupić bilet. Obejmuje on także muzeum, na które nie mamy dziś czasu. Most Trajana obecny jest na kolumnie Trajana w Rzymie, stąd mniej już dziwią jej rumuńskie kopie i pomniki cesarza.

Obrazek

Budynek muzeum jest całkiem ładny. Na trawniku leżą resztki starożytnych kamieni, kawałek dalej pomacałem kolumnę.

Obrazek
Obrazek

Most Trajana i inne rzymskie artefakty były głównymi powodami, który przywiodły nas do Turnu Severina. Na zakończenie wizyty zajeżdżamy pod hipermarket na ostatnie większe zakupy. Wybrałem Kauflanda, bowiem przy tych sklepach zawsze znajdują się bufety z prostym i tanim jedzeniem z grilla. Mięso w rozmaitych formach, w tym klasyczne mici, które dopiero teraz udało mi się zjeść. Ostatnio w czasie dyskusji na jednej z grup wiele osób wyśmiało takie miejsca, że to syf, kiła i mogiła, ale zawodowi kierowcy nie mogą się mylić: zawsze kręci się ich tam pełno, do tego różne babcie, dziadki i w ogóle wszyscy, więc przy takim przemiale jest szansa na świeże produkty.

Obrazek

Podczas konsumpcji przyglądam się punktowi skupu opakowań do napojów. Nie idzie to zbyt sprawnie.

Obrazek

Wyjeżdżamy na zachód, w stronę Banatu. Na środka ronda spotykamy model przęsła Mostu Trajana.

Obrazek

Żegnamy Turnu Severin przy witaczu. A dalej... zakaz trąbienia. Może Dunaj tego nie lubi?

Obrazek
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
Awatar użytkownika
Sebastian
Posty: 7027
Rejestracja: 2017-11-09, 17:18
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Sebastian » 2025-10-18, 20:23

Bardzo ciekawa pierwsza część kolejnej części, interesujące kościoły w Strei i Densus oraz dużo wnikliwego tekstu do poczytania. Potem już nie jest tak wciągająco.
Awatar użytkownika
buba
Posty: 6866
Rejestracja: 2013-07-09, 07:07
Lokalizacja: Oława
Kontakt:

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: buba » 2025-10-18, 23:06

Pierwszy z nich znajduje się w miejscowości Strei.


Wchodziliscie do środka? Fajne są tam freski z wyłupiastymi oczami!

Nabywamy świeczkę, którą tradycyjnie od razu zapalam oraz... butelkę klasztornego wina ;).


A wino dobre mieli? Bo takie klasztorne to chyba powinno byc takie jak domowe?

Miałem wyszukaną restaurację z rumuńską kuchnią, lecz okazała się działać do... siedemnastej. Fajne godziny pracy.


Całkiem normalne - jak bar mleczny, gdzie miejscowi przychodza na obiad.

Potem zachodzę na pobliskie osiedle, przemykam między blokami i samochodami. Cicho i pusto.


W tym niskim budynku pośrodku zdjecia by pasowala spelunka! :D
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"



na wiecznych wagarach od życia..
Awatar użytkownika
Pudelek
Posty: 8872
Rejestracja: 2013-07-08, 15:01
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Pudelek » 2025-10-18, 23:09

Sebastian pisze:Potem już nie jest tak wciągająco.


napij się, a nie marudź :P
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
Awatar użytkownika
Pudelek
Posty: 8872
Rejestracja: 2013-07-08, 15:01
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Pudelek » 2025-10-18, 23:11

buba pisze:
Wchodziliscie do środka? Fajne są tam freski z wyłupiastymi oczami!

gdybyśmy weszli to bym o tym napisał ;)

A wino dobre mieli? Bo takie klasztorne to chyba powinno byc takie jak domowe?

w sumie nie wiem, bo kupiliśmy je dla moich rodziców i jeszcze nie piliśmy


Całkiem normalne - jak bar mleczny, gdzie miejscowi przychodza na obiad.

bar mleczny to bar, a restauracja to restauracja. Reklamowali się i wyglądali jak to drugie, działali jak pierwsze. Poza tym jednak Rumunii do knajp wychodzą głównie wieczorami, jak robi się chłodniej.


W tym niskim budynku pośrodku zdjecia by pasowala spelunka! :D

to już byłby nadmiar szczęścia, trzecia spelunka w ciągu jednego wieczoru! :D
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
Awatar użytkownika
Pudelek
Posty: 8872
Rejestracja: 2013-07-08, 15:01
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Pudelek » 2025-11-27, 18:02

Żelazne Wrota albo Żelazna Brama to nazwa przełomu Dunaju na granicy pomiędzy Rumunią (Porțile de Fier) a Serbią (Đerdapska klisura). Dawniej był to odcinek bardzo niebezpieczny dla żeglugi, zwężenia, skały i progi rzeczne powodowały, że tonęły tu jednostki prowadzone nawet przez doświadczonych żeglarzy. Na przełomie XIX i XX wieku w wyniku szeroko zakrojonych prac stał się on szerszy i głębszy, ale dopiero komuniści sprawili, że całkowicie odmienił się jego charakter. W wyniku budowy dwóch ogromnych tam Dunaj nabrał cech zbiornika retencyjnego, zniknęła jego dzikość i tajemniczość. Nadal jest to jednak piękny zakątek tej części Europy; dwukrotnie jechałem wzdłuż Żelaznych Wrót po serbskiej stronie (w 2016 i w 2023 roku), tym razem chciałem spróbować strony rumuńskiej.

Obrazek

Po wybudowaniu zapory poziom wody rzeki podniósł się o trzydzieści pięć metrów. Jedną z ofiar tej międzynarodowej inwestycji była wyspa Ada-Kaleh. Nie będę się rozpisywał o jej ciekawej historii, napiszę tylko, że stanowiła enklawę tureckich i romskich muzułmanów mieszkających wśród zabytkowej architektury i niedokończonej twierdzy. Po zalaniu większość z nich wyjechała do Turcji. O jej istnieniu przypomina nazwa potoku wpływającego do Dunaju tam, gdzie kiedyś znajdowała się wyspa.

Obrazek

Kolejne ofiary to miejscowości położone na brzegu. Wyższy Dunaj pochłonął co najmniej pięć wiosek oraz niemal całe zabytkowe miasto Orșova (Orsova, Orschowa), które trzeba było wybudować od nowa. W sumie nowe domy musiało znaleźć prawie dwadzieścia tysięcy ludzi.

Obrazek

Sto lat temu Orșova była etniczną mieszkanką niemiecko-węgiersko-rumuńską, dziś żyją tu m.in. Czesi i Serbowie, ale w oczy rzuca się dzielnica cygańska. Niektóre bloki nawet nie mają śladów po pożarach, lecz wybrane mieszkania wyglądają, jakby coś w nich wybuchło i wszystkie śmieci zgromadziły się we framugach!

Obrazek
Obrazek

Krętą i wąską na półtora auta drogą wspinamy się na wzgórze, na którym znajduje się monastyr św. Anny (Mănăstirea Sfânta Ana). Na parkingu stoi kilka aut, ale odwiedzających go jest więcej, bo przyjechali dwoma autokarami. Dobrze, że nie spotkaliśmy się z nimi w czasie podjazdu!

Obrazek

Klasztor jest dość młody - wybudował go w latach 30. ubiegłego stulecia niejaki Pamfil Șeicaru. Było to podziękowanie za ocalenie życia w czasie Wielkiej Wojny, kiedy to wybuch pocisku zakopał go w okopie. Jednocześnie monastyr poświęcony został wszystkim walczącym o Wielką Rumunię, choć jesteśmy w Banacie, więc tutejsi mężczyźni zazwyczaj służyli w armii austro-węgierskiej.

Obrazek

Șeicaru to interesująca postać i został nawet przedstawiony na freskach jako fundator, ale ma w swoim życiu niezbyt chlubne karty. W okresie międzywojennym zaczął parać się dziennikarstwem i został parlamentarzystą, co akurat grzechem nie było. Związał się jednak z prawicą najbardziej ze skrajnych, czyli z tzw. Żelazną Gwardią. Brał udział w zamachu stanu przeciwko również prawicowemu rządowi rumuńskiemu, a niezwykle brutalny pogrom w Bukareszcie tłumaczył spiskiem zagranicznych służb (skąd my to znamy?...). Przed końcem wojny udał się na emigrację. Teoretycznie został skazany przez komunistów zaocznie na karę śmierci, w praktyce komunistyczne służby - Securitate - wspomagały... publikacje jego artykułów i pism, które były dziwnie zgodne z linią polityczną Ceaușescu. Co najmniej raz odwiedził ojczyznę - potajemnie, ale też z pomocą Securitate. No cóż, skrajna prawica ze skrajną lewicą zawsze się dogada.

Obrazek

Klasztor nie został konsekrowany ani przed ani w czasie II wojny światowej. Władze wykorzystywały go jako hotel, restaurację i klub nocny. Pamfil Șeicaru zmarł w 1980 roku i nie doczekał momentu, gdy dziesięć lat później jego dzieło stało się w końcu oficjalnym monastyrem. Co ciekawe, fundator był grekokatolikiem, ale klasztor jest prawosławny. Ciało fundatora sprowadzono z zagranicy i pochowano na wewnętrznym dziedzińcu.

Obrazek

Jeśli chodzi o sam obiekt, to architektonicznie nic specjalnego, ale dużo tu kwiatów i zieleni, a w środku drewna. Przed ikonostasem ciągle kręcą się kobiety w kolejce do całowania ikon (mężczyźni nie są do tego tak chętni).

Obrazek
Obrazek

Liczyłem, że będą stąd ładne widoki na Dunaj, ale wiele zasłaniają drzewa.

Obrazek

Wykorzystujemy okazję i odwiedzamy kibelek położony w lesie, po czym zjeżdżamy z powrotem do poziomu rzeki. W Orșovej wzdłuż Dunaju ciągnie się deptak z zejściami do wody, lecz jakoś brak chętnych do kąpieli.

Obrazek

Na kilka kilometrów główna droga odbija od brzegu i trzeba uważać na obsypujące się z gór kamienie. To zresztą problem po obu stronach granicy, chociaż po serbskiej kruszące się ściany wydają się częściej zabezpieczone siatkami i zadaszeniami.

Obrazek

Po ponownym zjeździe w dół przez chwilę jedziemy spokojnie, po czym nagle pojawiają się dziesiątki zaparkowanych wzdłuż szosy samochodów, stoiska i kramy z jedzeniem oraz pamiątkami, a ludzie łażą po asfalcie jak popadnie. Oczywiście nikt się nie przejmuje jakimiś znakami zakazu. Stajemy i my przyklejając się do kamieni, bo ta okolica to chyba najpopularniejsze miejsce na rumuńskim odcinku Żelaznych Wrót. Po pierwsze mamy tu zwężenie Dunaju, otoczonego przez wysokie ściany - zwie się ono Małym Kazanem (Cazanele Mici, Mali Kazan).

Obrazek
Obrazek

Kiedyś oglądałem ten punkt ze strony serbskiej, tam droga biegnie wyżej i panoramy są z innej perspektywy, wszystko w dole wydaje się malutkie. Serbską szosę dobrze widać na zdjęciu jako skośną przecinkę wśród zieleni.

Obrazek

Powód numer dwa, by się tu zatrzymać, to monastyr Mraconia (Mănăstirea Mraconia) leżący na wąskim skrawku lądu pomiędzy szosą a rzeką. Ponownie nie jest to stary klasztor, a właściwie całkiem nowy, bo ukończono go w 2000 roku. Zastąpił oryginał, który został zburzony przez komunistów, a ruiny zalał Dunaj. Zdołano z niego uratować tylko fragmenty ikonostasu i świecznika.

Obrazek
Obrazek

Najpierw wchodzimy do dolnej kaplicy. Z głośników sączą się religijne śpiewy, a przez okna widać podpływające pod monastyr statki z turystami.

Obrazek
Obrazek

Przez drzwi wychodzi się na brzeg, gdzie fale Dunaju wdzierają się na skały i chłodzą nogi. Ściany pomalowano w narodowych barwach i dodano wielki napis ROMANIA, aby każdy wiedział, co to za państwo. Uzupełniają go okrągłe portrety rumuńskich monarchów.

Obrazek

Również kosz jest patriotyczny!

Obrazek

Po chwili błądzenia udaje mi się znaleźć schody na wyższe piętro, gdzie znajduje się "właściwa" cerkiew. Nawet nowe ikonostasy mają swój klimat, czego nie można napisać o ołtarzach nowych kościołów katolickich, często zupełnie bezpłciowych.

Obrazek

Kartka obok drzwi uprzedza, że w klasztorze nie ma toalety. Na pewno spotkamy taką za mostem, gdzie pod wzgórzem przycupnęła strefa turystyczna. Nie korzystamy, ale kupujemy trochę pamiątek dla znajomych oraz zimne picie, bo temperatura jest naprawdę nieznośna, a woda tylko nieznacznie ją obniża.

Obrazek

Z mostu widać powód numer trzy popularności tego miejsca: ogromny pomnik Decebala wykuty w skale!

Obrazek

Rzecz jasna jest to kolejny odcinek sagi pod tytułem "Rumuni pochodzą od Dako-Rzymian" :D. Pomysłodawcą tego działa był Iosif Constantin Drăgan, biznesmen, swego czasu najbogatszy człowiek w kraju, a przy tym gorący zwolennik teorii o antycznych przodkach (Decebal był wodzem Daków). Są też podobieństwa do życiorysu fundatora monastyru nad Orșovą: Drăgan również sympatyzował z Żelazną Gwardią, a potem współpracował z Ceaușescu. Wykucie twarzy wodza Daków zajęło dziesięć lat i zajmowało się tym dwunastu rzeźbiarzy. Praca latem była skrajnie trudna z powodu nagrzewania się skał, dochodziło do wypadków i ataków żmij. Po śmierci sponsora, który wyłożył co najmniej milion dolarów, rzeźbienie przerwano i jest to ponoć jedynie sześćdziesiąt procent planowanego projektu. Nie zmienia to faktu, że to największa skalna rzeźba w Europie i druga na świecie - jest wysoka na pięćdziesiąt pięć metrów.

Obrazek
Obrazek

Drăgan chciał, aby Serbowie po swojej stronie wykuli równie gigantyczną twarz cesarza Trajana, który walczył z Decebalem. Nie wiem, czy też chciał to finansować, czy uznał, że Serbów stać, w każdym razie Serbowie Trajana nie stworzyli. Najwyraźniej nie czują się potomkami starożytnych, choć na ich ziemiach urodziło się kilkunastu rzymskich cesarzy.

Obrazek

Po moście tam i z powrotem na elektrycznych hulajnogach kursują naganiacze i proponują rejs statkiem. Pomysł średni, bo rzeźbę najlepiej ogląda się z daleka, a Dunaj widzieliśmy już z obu stron. Pewna babka proponuje nam wycieczkę z opowieściami po... czesku. Patrząc na wlepki przyczepione do znaków domyślam się, że Pepiki to najliczniejsi słowiańscy turyści.
Dawniej prąd w rzece był tak silny, że statki płynące od strony Morza Czarnego musiały być w tych okolicach ciągnięte... przez specjalną lokomotywę! Po wybudowaniu zapór nawet mała łódka da radę.

Obrazek
Obrazek

Wracamy do samochodu, odpalam silnik, ekran pokazuje 45 stopni! Cieplej niż rok temu, gdy w Macedonii szalały pożary! Po chwili temperatura spada, do "jedynych" 43 stopni... Zastanawiałem się nad wejściem na jeden z punktów widokowych na wzgórzach nad Dunajem, ale w takiej aurze to proszenie się o kłopoty!

Obrazek

Stopniowo Dunaj znowu się rozszerza i zaczyna przypominać jezioro. W powietrzu unosi się lekka mgiełka, wyjście z samochodu to za każdym razem szok.

Obrazek

Za Decebalem praktycznie skończył się ruch samochodów. Bardzo rzadko przemknie coś z naprzeciwka, brak ciężarówek, co naturalnie cieszy. Można się zatrzymać na zdjęcia i nie ryzykować natychmiastowego trąbienia i wygrażania.

Obrazek

Fajnie zmienić perspektywę - tutaj mamy w oddali Donji Milanovac (Доњи Милановац), dwukrotnie przez niego przejeżdżałem.

Obrazek

Pozostałość po twierdzy Tri Kule. Wybudowali ją w XIV wieku Węgrzy przeciwko Turkom, a przez pewien czas była w rękach Krzyżaków. Po podniesieniu Dunaju z wody wystają tylko końce dwóch wież, trzecią widać przy mocnej suszy. Mury u podstaw są w tak złym stanie, że zabytek może się zawalić w ciągu kilku najbliższych lat.

Obrazek

Boljetinski greben, półwysep po serbskiej stronie, który stopniowo okrążamy. Kierunki świata zmieniają się często, czasem już nie wiem w którą stronę jedziemy.

Obrazek

Dunaj zalał wiele zabytków. Niektóre najcenniejsze przeniesiono wyżej, czynili tak głównie Serbowie. Jednym z nich było stanowisko archeologiczne Lepenski Vir związane z kulturą mezolityczną i neolitem. Paradoksalnie odkryto je podczas prac przygotowawczych do budowy zapory, a później konieczna stała się relokacja na nowe miejsce, położone o trzydzieści metrów w górę. Pawilon chroniący wykopaliska wystaje spomiędzy drzew.

Obrazek

Wjeżdżamy na teren gminy Berzasca (Berszászka, Perschaschka, Брзаска). Tablice są dwujęzyczne, bowiem żyje w niej kilkanaście procent Serbów, a do tego kilka procent Czechów.

Obrazek

Droga się nieco kręci, bo kręci się też Dunaj manewrując pomiędzy kolejnymi zakolami. Na wodzie pojawił się pierwszy większy statek.

Obrazek

Zatrzymuję się pod jakimś kompleksem turystycznym. Mają tu nawet basen, pięknie byłoby teraz się wykąpać! Miejsce wydaje się jednak strasznie kiczowate, więc idę naprzeciwko w trawę, gdzie z wody wystają kolejne zrujnowane ruiny, a właściwie nędzne resztki - dawna twierdza Drencova.

Obrazek
Obrazek

Ogólnie bardzo tu ładnie, choć na słońcu ciężko wytrzymać.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po chwili na drugim brzegu pojawia się masywna sylwetka zamku Golubac, największej serbskiej atrakcji w tej części kraju. Tym razem obejrzymy go tylko z daleka. Nawet gdybyśmy chcieli popłynąć na drugą stronę, to nie ma jak, brak przejścia granicznego na rzece.

Obrazek
Obrazek

Znacznie bliżej nas na wzgórzu stoi Cetatea Ladislau, intensywnie odbudowywane ruiny innej twierdzy. Też miałem w planach wejście na nią, ale przy takiej pogodzie odpuszczam.

Obrazek

Skała Babakaj, z którą związana jest legenda o młodym Madziarze, który uwiódł najpiękniejszą dziewczynę z haremu w Golubacu. Jej turecki właściciel dogonił Węgra, ściął mu głowę, powiesił na szyi niewiernej i przykuł ją do skały. Słodko.

Obrazek

Na wysokości Golubaca kończy się Żelazna Brama, brzegi stają się płaskie, Dunaj jeszcze szerszy. Jak wypada porównanie pomiędzy rumuńską i serbską stroną?
Gdybym miał wybrać tylko jeden brzeg, to padłoby na Serbię. Dlaczego? Tamtejsza droga częściej jedzie wyżej i ma więcej ciekawszych punktów widokowych. W Rumunii szosa zazwyczaj trzyma się poziomu rzeki, za to częściej odbija w głąb lądu, kiedy to tracimy Dunaj z oczu. Atrakcje dla turystów są z obu stron, lecz te bardziej spektakularne u Serbów. Na rumuńskim brzegu mamy więcej miejscowości (ale niewiele więcej), co dla niektórych będzie plusem, dla innych minusem. Jeśli chodzi o ruch, to jego natężenie wydało mi się podobne, chociaż w Rumunii jest wyraźna granica przy rzeźbie Decebala: do niej sporo aut, za nią pusto. Jakość asfaltu także jest porównywalna i dość przyzwoita, lecz Serbowie częściej korzystają z tuneli, Rumuni ich poskąpili. I jeszcze uwaga dla fotografów: w środku dnia to rumuński brzeg jest lepiej oświetlony, robiąc zdjęcia serbskiego często kadrujemy pod słońce.
Jeśli jednak będziemy mieli okazję, to polecam przebyć ten odcinek i w jednym i w drugim państwie, bo warto!

Po pożegnaniu Żelaznej Bramy przez jakiś czas jedziemy wśród pożółkłych łąk.

Obrazek

Przed nami Moldova Veche (Ómoldova, Alt-Moldova), ostatnia większa miejscowość przed granicą. Szukamy stacji benzynowej, żeby nalać do pełna, ale miasto jest tak chaotyczne, że krążymy na ślepo ulicami bez asfaltu, gdzie Indianie składują drewno na zimę.

Obrazek

Na stacji zaczyna buntować się samochód, ma dość wysokiej temperatury. Zarządzam zatem przerwę - znajdujemy parking w cieniu, gdzie lekko uchylam klapę bagażnika. A my skorzystamy z okazji i coś zjemy, bo nad rzeką widziałem knajpę. Zanim do niej zajrzymy, to robimy jeszcze krótką rundę po najbliższych ulicach. Olbrzymi, wykostkowany plac potęgujący upał, opuszczone budynki zakładu, nie pasujące do niczego bloki, szkoła. Marazm i zastój.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

W restauracji siadamy w zasięgu wentylatora, inaczej by się nie dało. Na pożegnanie Rumunii decydujemy się na zupy: Teresa zamawia ciorbę de burtă, a ja ciorbę de perişoare, czyli z klopsikami. Po chwili wraca kelnerka i mówi, że akurat tej ostatniej zabrakło. Wybieram zatem wersję z kurczakiem, a przynajmniej tak mi się zdawało. Podczas konsumpcji stwierdzam, że jakoś ten kurczak dziwnie smakuje, ale może to wina przypraw? Okazało się, że zamówiłem... rybną :D. Przy całej mojej niechęci do ryb zjadłem, bo byłem mocno głodny, a w dodatku zupę naprawdę solidnie przyprawiono, mogłem też się posiłkować pikantną papryczką.

Obrazek

Z ciekawości sprawdzamy prognozę pogody. Informuje ona, że za półtorej godziny w Serbii, dokąd się udajemy, ma się zacząć burza i deszcze. Wydaje się to niewiarygodne, bo od rana nie było jednej większej chmury. Po wyjściu z lokalu widzimy, że po serbskiej stronie już zaczęło się ściemniać. Ewidentnie coś przyjdzie i nawet się na to cieszymy, bo jesteśmy zmęczeni wielogodzinnym upałem.

Obrazek
Obrazek

Samochód nieco odetchnął, więc bez obaw możemy pokonać końcowy rumuński odcinek. Do przejścia granicznego mogę jechać dwojako. Opcja pierwsza to najkrótsza droga przez niewielkie pasmo górskie, co powinno zająć niecałe pół godziny. Opcja druga oznacza okrążenie gór przez wioski nad Dunajem i Nerą, zamieszkałe głównie przez Serbów. Normalnie bez namysłu wybrałbym opcję drugą, która teoretycznie powinna zająć godzinę, choć z naszym ciągłym zatrzymywaniem się pewnie drugie tyle, jednak jakieś wewnętrzne przeczucie każe mi się streszczać. Jedziemy więc prosto na góry.

Obrazek

Ruch jest znikomy, ale na serpentynach za przełęczą mijamy samochód wprasowany w rów z porozrzucanymi dookoła oderwanymi oponami. Wypadek musiał się zdarzyć chwilę wcześniej.

Na przejściu granicznym Naidăș - Kaluđerovo pusto. Rumuśki pogranicznik załatwia nas szybko, za to tleniona celniczka pyta się, czy mam coś do oclenia. Wybałuszam oczy, bo co mogę clić wyjeżdżając z Unii Europejskiej? Babka macha zrezygnowana ręką, walczy z przyciskiem otwierającym szlaban i wjeżdżamy na teren Serbii.

Obrazek

A do Rumunii jeszcze wrócimy za kilka dni!
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
Awatar użytkownika
Pudelek
Posty: 8872
Rejestracja: 2013-07-08, 15:01
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Pudelek » 2025-12-24, 13:48

Przekroczenie granicy rumuńsko-serbskiej zajmuje nam krócej niż pięć minut. Cieszę się, bo po cofnięciu zegarków mamy jeszcze całkiem młodą godzinę, ledwie szesnastą trzydzieści, więc jest szansa, że na nocleg dotrzemy dość wcześnie. Szybko okaże się jednak, że pogoda ma w tej kwestii inne zdanie.

Obrazek

W Rumunii przez ostatnie dwa dni męczyły upały z temperaturą powyżej czterdziestu stopni, na dziś w serbskiej Wojwodinie zapowiadano burze. I rzeczywiście godzinę temu niebo się zaciągnęło, ale nadal jest upalnie. Przemykamy przez pierwszą wioskę - Kaluđerovo (Калуђерово, Szőlőshegy, Rebenberg). Rok temu kręciłem się po niej na rowerze. Wtedy też zbierało się na burze, ale w końcu przeszła bokiem.

Obrazek

Dziś raczej nie przejdzie. Niebo na horyzoncie jest ciemne jak serca polityków. Po wyjeździe na otwartą przestrzeń uderza w nas silny boczny wiatr.

Obrazek

Od południa, od strony rumuńskich gór, widzimy wielką szarą chmurę, która porusza się przy gruncie i połyka nadgraniczną wioskę. Szybko porusza się w naszą stronę. "Co to ma być"? - zastanawiamy się i dodaję gazu. Okazuje się, że to wiatr zabiera ze sobą wszystko, co leży na ziemi i niesie dalej, w tym wszystkie resztki, jakie zostały na polach. Nie wygląda to dobrze, jak nas rąbnie jakimś świństwem, to będzie nieciekawie!

Obrazek

- Schowajmy się za jakimś drzewem! - woła Teresa.
- To najgorsze, co możemy zrobić! - krzyczę podenerwowany. Wiatr jest tak mocny, że po jego uderzeniu znosi nas w bok, na szczęście jedziemy środkiem drogi. Z nielicznych stojących drzew zaczynają spadać gałęzie. Po jednej przejechałem, druga okręciła się wokół opony! Wyskakuję z auta, podmuch prawie mnie przewraca, smagają pierwsze krople deszczu. Wyciągam gałąź, pędzimy dalej przed siebie mijając dwa wielkie traktory, które pospiesznie uciekły z pól.

Obrazek

Przed nami Bela Crkva, miasto - jak to w Wojwodinie - o nazwach w wielu językach (Бела Црква, Fehértemplom, Biserica Albă, Bílý kostel, Weißkirchen). Znamy ją bardzo dobrze, bo już kilka razy nocowaliśmy na tutejszym kempingu. W tym roku mieliśmy przez miejscowość jedynie przejechać, ale teraz będzie naszym schronieniem: wypatruję miejsca, aby bezpiecznie się zatrzymać. Staję pomiędzy nowymi domami, czyli takimi, które pamiętają marszałka Tito, a nie Franciszka Józefa, w oddaleniu od drzew. W niebie ktoś odkręcił kurek, zaczyna się taka ulewa, że prawie nic nie widać, błyskawice walą co kilka sekund, a temperatura w krótkim czasie spadła o dwadzieścia stopni! Wiatr co jakiś czas szarpie autem, ale nie spycha. Zastanawiam się, co bym zrobił przy takiej pogodzie rok temu na rowerze i prawdopodobnie cisnąłbym koło na pole i położył się w rowie!

Obrazek

Mijają nas traktory, ale daleko nie zajechały, przez jakiś czas dostrzegam ich tylne światła. Z przerażeniem obserwuję, jak wielkie drzewa wyginają się niczym gałązki, dawno nie widziałem takiej siły wiatru! Deszcz nieustannie wali jak dziki, woda powoli się podnosi, a ja boję się, czy za chwilę nie będziemy na środku rzeki. Jednocześnie w środku samochodu zrobiło się tak gorąco, że robimy się cali mokrzy, a po uchyleniu okna do kabiny wpadają potoki deszczu.

Po trzech kwadransach nawałnica się uspokaja, pojawiają się pierwsze auta. Ostrożnie ruszam i ja. Po przejechaniu kilkuset metrów zatrzymuję się za traktorami, bo przed nimi leżą potężne drzewa złamane jak zapałki i tarasują drogę. Gdyby spadły na jakiś wóz, to niewątpliwie byłyby trupy! Aż mnie ciarki przechodzą, bo od nieszczęścia dzieliło nas niewiele. Jak już wspominałem dość dobrze znam miasto, więc wiem jak ominąć główną arterię. Cofam, ale boczną ulicą płynie wartki strumień, dopiero kolejną alejką da się w miarę bezpiecznie przejechać.
W centrum widać wiele połamanych drzew, a gałęzie leżą praktycznie wszędzie.

Obrazek

Mieszkańcy wychodzą i zaczynają oglądać wyrządzone przez burzę szkody. Mijam stary, pewnie co najmniej stuletni dom, z którego wiatr zerwał część dachówek, a ta poleciały na samochód dziurawiąc go jak sito. Takich przypadków jest więcej. Zatrzymuję się też na chwilkę przy "naszym" kempingu za miastem: wśród aut leży masa gałęzi, ale chyba nic poważnego nie zniszczyły. Ciekawe w jakim stanie są namioty turystów?

Obrazek

Dalsza droga oznacza nieustanny korek. Nagle do ruchu wróciły wszystkie samochody, które pochowały się przed naturą, a każda wioska momentalnie się zatyka. Ludzie zbierają się na ulicach, wszędzie są uszkodzone dachy, auta, poprzewracane płoty, parasole, rowy odwadniające wypełnione są wszystkim, co mogło w nie wpaść. Co chwilę trzeba czekać przed zwalonym drzewem. Koło nas pędzi wóz straży pożarnej, ale na pewno remiz jest tu za mało, więc mieszkańcy biorą sprawy w swoje ręce, biegają z siekierami i pilarkami.

Obrazek

Burza była jedną z gorszych, które przeżyłem w ostatnich latach, ale po kilkunastu kilometrach okolica nadal jest mokra, lecz już bez śladów zniszczeń. Najwyraźniej wiatr nie był tu aż tak silny. Gdy po pewnym czasie zjeżdżamy w pola przymuszeni wyższą potrzebą, to na niebie pojawia się trochę słońca i tworzy piękny spektakl.

Obrazek

Przed nami Pančevo (Панчево, węg. Pancsova, niem. Pantschowa), trzecie pod względem wielkości miasto Wojwodiny, a drugie serbskiego Banatu. Zakładałem, że będziemy tu wcześniej, a właśnie stuknęła dziewiętnasta. Właścicielka naszego noclegu już od kilku godzin się denerwuje. Wysyłała mi wiadomości przez internet, nie mogąc zrozumieć, że nie każdy jest on-line przez całą dobę, nawet na wakacjach. Groziła, że jeśli nie zjawimy się w proponowanej godzinie, to anuluje rezerwacje - ale to przecież jest PROPONOWANA godzina przyjazdu, do cholery! Na szczęście odczytałem te wieści dopiero po powrocie na Śląsk, więc nie miałem się czym stresować :D. W pewnym momencie udało jej się do nas dodzwonić, poinformowaliśmy o sytuacji na drogach, więc wiedziała już, że się spóźnimy, a na miejscu przywitała nas z rozradowaną miną.
Obiekt noclegowy jest specyficzny: bezpośrednio z ulicy wchodzi się do pokoju, a łazienkę i szafę przerobiono ze schowka pod schodami. Poza tym jednak niczego mu nie brakuje - uwieczniłem go na zdjęciu, to żółty budynek po prawej.

Obrazek

Właścicielka dopytuje się skąd przyjechaliśmy w Polsce.
- Oo, to pewnie taka mała miejscowość? - stwierdza z przekonaniem.
Faktycznie mała, choć i tak większa niż Pančevo ;). Mamy natomiast inny problem: prawie brak serbskiej gotówki. Prawie, bo został nam odpowiednik kilkudziesięciu złotych z ubiegłego roku. Chciałem wymienić kasę po drodze, ale albo nie było kantorów albo już zamknęli.
- Nie macie się co martwić - zapewnia gospodyni. - W Pančevie są kantory na każdym roku, na pewno są jeszcze otwarte. U nas euro to jak druga waluta, byle nie dolary, ich nikt nie lubi - zaśmiała się, choć podejrzewam, że i dolary znalazłby szybko chętnych. Niestety, nasza rozmówczyni była zbyt optymistyczna, bo oczywiście o tej porze wszystkie Geldwechseln były nieczynne, więc zostaliśmy z niezbyt dużą sumą dinarów w rękach.

Ruszamy na ulice. Pančevo, mimo swojej wielkości, jest miastem zupełnie pomijanym przez turystów zagranicznych, a sądzę, że i przez serbskich. Nie ma tu żadnych spektakularnych zabytków ani wielkich czy małych atrakcji. Architektura w centrum to misz-masz habsburskich kamienic i jugosłowiańskiej myśli projektowej.

Obrazek
Obrazek

Sypiące się domy stoją nawet blisko głównego placu (bo klasycznego rynku tu brak).

Obrazek

Ciekawostką jest dworzec kolejowy Pančevo Tamiš. Wybudowany w 1894 roku w klasycznym austro-węgierskim stylu blisko rzeki Temesz (Tamiš). Kiedyś był to główny dworzec miejski, ale w pewnym momencie tory zlikwidowano, a cały ruch przeniesiono na linie bardziej oddalone od starówki. Budynek jednak został na swoim miejscu.

Obrazek

Od strony rzeki ustawiono zabytkowy skład kolejowy. JŽ 62 to amerykańska lokomotywa S 100, która po II wojnie światowej znalazła się w kilku krajach europejskich.

Obrazek

Robi się coraz ciemniej i coraz gorzej się fotografuje, więc skupiamy się na poszukiwaniu knajpy do kolacji. W lokalu obok dworca nie przyjmują kart, a przy ich cenach nie starczy nam gotówki. W restauracji z kuchnią lokalną jest taniej, ale w powietrzu taki smród od papierosów, że szybko uciekamy. Wreszcie w bocznej uliczce odnajdujemy to, co nam trzeba: bar zwie się Kod Đenerala i to prawdziwa perełka! Ciasne pomieszczenie pełne starych map, plakatów, portretów serbskich monarchów, do tego kilka ławek na zewnątrz i typowa bałkańska kuchnia. Zamawiamy ćevapi, pljeskavicę, sałatę šopską i dwa piwa - starczyło kasy, jeszcze nawet trochę zostało, ale przede wszystkim smakowało obłędnie! W internecie można znaleźć entuzjastyczne opinie o tej miejscówce, ludzie potrafią przyjechać do niej z Belgradu, aby się najeść.

Obrazek

Wokół nas ganiają się koty, jeden zaś próbuje w sąsiednim domu wejść przez okno do środka, ale chyba ktoś je przypadkowo zamknął. Siedzi więc biedak na parapecie i widać, że jest wściekły. Gdy próbowałem go pogłaskać, to prawie mnie ugryzł.

Wieczór upływa na oglądaniu "Człowieka z blizną" :D. Zawsze żałuję, że u nas lektor kompletnie zagłusza głosy aktorów.

Obrazek

Poranny plan dłuższego spaceru po Pančevie torpeduje aura: znowu mocno leje, a z różnych stron słychać grzmoty. Gdy trochę się uspokaja biorę parasol i idę się przejść chociaż w kilka miejsc.

Obrazek

Na ulicach pusto, ale trudno się dziwić, zresztą jest niedziela. Wysoki budynek z antenami to nowa poczta.

Obrazek

Zaglądam na targowisko. Niezły bajzel, ale jakieś pojedyncze stragany działają.

Obrazek

Trochę przeszłości: archiwum a dawniej koszary Franciszka Józefa węgierskiej obrony krajowej (honvedów) oraz kamienice z początku ubiegłego stulecia.

Obrazek
Obrazek

Ponieważ burza zdaje się zbliżać, więc ograniczam swój spacer do cmentarzy. Najpierw przez płot zaglądam na zamkniętą nekropolię żydowską.

Obrazek

Następnie duży cmentarz prawosławny z kaplicą św. Jerzego.

Obrazek

Wśród alejek znajdziemy Pomnik Poległych w Wielkiej Wojnie, do którego dołożono tablice poświęcone kilkudziesięciu serbskim cywilom zabitym przez Wehrmacht i Waffen-SS w kwietniu 1941 roku. Egzekucji dokonywano m.in. na tym cmentarzu. Z tyłu pomnika jest zaś płyta kryjąca ciała poległych w 1944 w czasie odbijania Pančeva przez oddziały radzieckie.

Obrazek

Rzucający się w oczy grób kapitana Milorada Basanića, który zginął w wyniku wypadku na Migu-21.

Obrazek

Po spakowaniu się i zrobieniu zakupów udaje nam się dorwać czynny kantor, a potem odwiedzamy jeszcze nekropolię ewangelicką. I w tym momencie należy nieco cofnąć się do historii Pančeva: aż do zakończenia II wojny światowej było to miasto wielonarodowościowe. Co prawda od końca XIX wieku najliczniejszą nacją byli Serbowie, ale niewiele mniej mieszkało Niemców (zwanych Szwabami Banackimi lub Naddunajskimi), do tego spora grupa Węgrów. Po oderwaniu Banatu od Budapesztu liczba Madziarów zaczęła spadać, ale niemieckojęzycznych nadal było prawie czterdzieści procent. Po pokonaniu Jugosławii przez III Rzeszę Niemcy wyłączyli z okupowanych terenów serbski Banat i oddali cywilną administrację tutejszym Volksdeutschom, którzy stanowili około jednej piątej ludności prowincji.
Nowe wojenne czasy zaczęły się od wspomnianych egzekucji wiosną 1941 roku, kiedy to rozstrzelano grupę Serbów w odwecie za domniemany atak na niemieckie wojska. W rzeczywistości sytuacja wyglądała tak, że pijany niemiecki żołnierz w czasie kłótni zabił kolegę, a potem - aby zatuszować tę wpadkę - pančevscy Niemcy ostrzelali Wehrmacht i zrzucili winę na Serbów. Osobom skazanym na powieszenie pętlę osobiście zakładał miejscowych blacharz. Do tragicznych wydarzeń dochodziło też w okolicznych wioskach: paramilitarne bojówki atakowały jugosłowiańskie wojsko, które potem zabijało cywilów, nie zawsze tych właściwych.
Trzecia część Niemców z Pančeva wyznawała ewangelicyzm i dla nich powstał ten cmentarz. Przetrwało na nim bardzo dużo przedwojennych grobów.

Obrazek
Obrazek

W 1944 roku po przejściu Rumunii na stronę aliantów sytuacja Wehrmachtu w dawnej Jugosławii stała się krytyczna. Przygotowano wówczas plan ewakuacji ludności niemieckiej, głównie właśnie z Banatu. Był to chyba jedyny taki projekt hitlerowców w czasie całej wojny, gdy Berlin z wyprzedzeniem zaplanował opuszczenie narażonych ziem przez Niemców - w przypadku Śląska, Pomorza czy Prus zakazywano ucieczki praktycznie aż do samego przybycia Sowietów. Plan sobie a życie sobie: ewakuacji sprzeciwiali się dowódcy SS w Belgradzie, chyba nadal wierząc w zwycięstwo, Wehrmacht obawiał się zakorkowania dróg, również Adolf nie było do niej przekonany. W efekcie w wyniku opóźnień w podejmowaniu decyzji, niechęci samych banackich Niemców, szybkich postępów Armii Czerwonej, a także ciężkiej jesiennej pogody, jedynie niewielki procent niemieckich cywilów zdołał odejść wraz z wojskiem, większość została na miejscu. W ramach odwetu jugosłowiańscy partyzanci dokonali licznych masakr, zrównano z ziemią całe niemieckie wioski, masowo wysyłali mieszkańców do obozów koncentracyjnych oraz na roboty do ZSRR. Wzorowanie się na wcześniejszych akcjach administracji hitlerowskiej rozciągnięto też na inne dziedziny: małe dzieci oddawano do sierocińców, a potem przekazywano słowiańskim rodzinom. Szacuje się, że liczba Niemców zmarłych w wyniku zabójstw, w obozach i zaginionych wyniosła ponad pięćdziesiąt tysięcy, lecz dane te dotyczą całej Jugosławii. W każdym razie historia licznej mniejszości niemieckiej w Banacie, jak i w ogóle w Wojwodinie, została w ten sposób zakończona. W przeciwieństwie do Rumunii, która zostawiła u siebie dużą niemiecką nację, z Jugosławii pozbyto się ich skutecznie, często z inicjatywy samych zainteresowanych. Współcześnie w Wojwodinie mieszka tylko kilka tysięcy Niemców naddunajskich, w tym nieco ponad setka w Pančevie (drugą narodowością po Serbach są dziś Macedończycy). Cmentarz okazał się zbyt wielki dla tak małej grupy, więc zaczęto na nim chować również prawosławnych.
Przy płocie na kilku nagrobkach dostrzegłem powojenne daty śmierci, więc to być może ta garstka, której udało się zostać, zapewne większość weszła w związki z Serbami.

Obrazek

A tymczasem po cmentarzu chodzi wielki, szary, piękny kot. Teresa przyniosła mu z samochodu mokrą karmę, wcinał jak głupi.

Obrazek

Wyjeżdżając z miasta natykamy się jeszcze na pomnik czerwonoarmistów.

Obrazek

Resztę dnia spędzimy na wojwodińskiej prowincji. Kilometrów do przebycia nie ma zbyt wiele, ale w tej części Serbii zawsze zatrzymuję się często, zwłaszcza, że mam zaznaczonych na mapie kilka spomeników, jugosłowiańskich pomników o architekturze rozmaitej.

Pierwszy spomenik jest już po kilku kilometrach, przed wioską Jabuka (Јабука, węg. Torontálalmás), dawniej zamieszkałą niemal wyłącznie przez banackich Szwabów. Spomen kompleks Stratište mi nie przypomina niczego konkretnego, lecz to ponoć... zaorana bruzda!

Obrazek

W miejscu tym, na skraju bagien ciągnących się od rzeki, przez trzy lata Niemcy stracili kilka tysięcy osób (liczba ofiar jest sporna): głównie Żydów, ale też Cyganów, prawdziwych lub urojonych partyzantów czy zwykłych serbskich zakładników. Jeden z oficerów nadzorujących egzekucję skarżył się, że niektórzy z jego podwładnych nie wytrzymują tego psychicznie. Wskazywał też, że "zabijanie Żydów jest prostsze, bo idą na śmierć cicho i bez oporu, natomiast Cyganie lamentują, krzyczą, skaczą, a nawet udają zmarłych". Najwięcej czasu zajmowało kopanie dołów, a same strzelanie to już szło gładko, sto osób w ciągu czterdziestu minut.

Obrazek

Pomnik w tej formie powstał w 1981 roku. Po rozpadzie Jugosławii był wielokrotnie wandalizowany, skradziono oryginalną tablicę z brązu, na którym znajdowała się gwiazda i wiersz. Kilka lat temu spomenik wyremontowano, a na nowej tablicy pojawił się krzyż, gwiazda Dawida oraz romskie koło, tworząc niespotykaną raczej kompozycję.

Obrazek

Mimo wcześniejszych remontów teren nadal jest rozkopany, ściągnięto podłoże. Zlokalizowany z tułu amfiteatr zarasta. Kiedyś niedaleko działało też niewielkie muzeum, ale na początku wieku kompletnie je zdewastowano.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Mało dotychczas fotografowałem słoneczników, więc nadrabiam. Patrząc na takie sielskie krajobrazy ciężko wyobrazić sobie koszmar sprzed dekad, a przecież codzienność pokazuje, że takie wydarzenia wcale nie należą do przeszłości.

Obrazek

W jednej z kolejnej wiosek spotykamy kawalkadę weselną, tradycyjnie z flagą.

Obrazek

Następnik spomenik jest o wiele skromniejszy i umieszczono go w zdziczałym parku na skraju osady Čenta (Чента, Csenta, Tschenta). Spomenik Streljanim Rodoljubima (Pomnik zastrzelonych patriotów) ma postać kamiennego kręgu uniesionego nad ziemią. Kawałek dalej wśród wysokiej trawy jest bardziej klasyczny pomnik ofiar Wielkiej Wojny.

Obrazek
Obrazek

Powoli posuwamy się na północ. Drogi na ogół są przyzwoite i zazwyczaj lepsze niż, na przykład, na węgierskiej prowincji. Czasem na jakiejś wiosce przycupnie policyjny radiowóz, lecz nie przejawia zbyt wielkiej ochoty do polowania na kierowców.

Obrazek

Przejeżdżamy przez Cisę (Tisa) i w ten sposób z Banatu przenieśliśmy się do Baczki (Bačka, Bácska). Dziś nie ma to większego znaczenia, różnicę można dostrzec głównie w nazewnictwie miejscowości (zamiast np. "Banacka Wieś" będzie "Baczka Wieś"), ale w czasie wojny było to o tyle istotne, że Baczkę włączono do Królestwa Węgier. Dla Serbów było to nieco lepsze rozwiązanie niż niemieckie rządy w Banacie, choć Madziarzy też popełnili masę zbrodni wojennych, dla Żydów i Cyganów w obu częściach Wojwodiny los był podobnie tragiczny.

Przed nami pierwsze miasto - Titel (Тител), rzadki przykład, gdy w różnych językach brzmi tak samo. Na wzgórzu widać ruiny kaplicy.

Obrazek

Tutejszy pomnik (Spomenik palim borcima i žrtvama fašizma) przypomina mi trzy połączone ze sobą szpony. Ofiary, które upamiętnia, zginęły z rąk węgierskiego wojska, które w zimowe dnie pędziło serbskich mieszkańców na zamarzniętą rzekę, a potem otwierało ogień. Obok pomnika na kawałku ściany wykonano współczesny mural poświęcony miejscowemu młodemu prawnikowi i historykowi, który "zginął tragicznie".

Obrazek

Kawałek niżej plaża nad Cisą. W niedzielne popołudnie spodziewałem się większej frekwencji.

Obrazek

Niewielka stacja benzynowa znanego rosyjskiego koncernu. Kałuże świadczą o tym, że tu też musiało mocno lać.

Obrazek

Za miastem przez pewien czas jedziemy wzdłuż wysokiej na kilkadziesiąt metrów ściany płaskowyżu zwanego Titelski Breg. Ciągnie się on aż od Cisy przez kilkanaście kilometrów.

Obrazek
Obrazek

A gdy spojrzymy w drugą stronę, to obrazki jak z węgierskiej puszty. Na horyzoncie widać pasmo Fruška gora z nadajnikiem.

Obrazek

Wracamy do pomników: Spomen obeležje poginulim pilotima wyróżnia się świeżą datą powstania (2004 rok) oraz nie nawiązuje do komunistycznych partyzantów ani ofiar cywilnych, tylko do pilotów jugosłowiańskiego lotnictwa, którzy polegli w czasie inwazji III Rzeszy w 1941 roku. Mamy tu trzy postacie z rozłożonymi rękami, w tym jedna stoi na głowie!

Obrazek

Jeszcze młodszy pomniczek wypatrzyłem na skrzyżowaniu w miasteczku Žabalj (Жабаљ, Zsablya, Josefsdorf). Ma on dopiero dwa lata, a choć upamiętnia ofiary II wojny światowej, to sylwetka żołnierza i hełm dziwnie kojarzy mi się z rozpadem Jugosławii.

Obrazek

Centrum to stojące po sąsiedzku kościoły katolicki i prawosławny oraz... Wieża Eiffla! Chętni mogą też zakupić arbuzy, to podstawowy towar handlowy na serbskich ulicach.

Obrazek
Obrazek

Obrazek

Największą miejscowością, przez którą przejeżdżamy po opuszczeniu Pančeva, jest Bečej (Бечеј, Óbecse, Altbetsche). Określany również jako "stary Bečej", w przeciwieństwie do Nowego, który leży za rzeką, w Banacie (tamten już kiedyś odwiedziliśmy). Liczący dwadzieścia tysięcy mieszkańców posiada spory rynek z imponującym ratuszem.

Obrazek
Obrazek

Lśniąca w słońcu cerkiew św. Jerzego.

Obrazek

W cieniu drzew kryje się pomnik króla Piotra I, który przechodził różne koleje losu. Pierwszą wersję postawiono w 1924 roku na środku rynku. Monarcha posiadał przymiotnik "Wyzwoliciel", ale na pewno nie nazywali go tak Węgrzy, którzy w tamtym czasie stanowili większość mieszkańców miasta. Ponieważ pomniki to często pierwsze ofiary wojen, to trudno się dziwić, że w 1941 roku, wkrótce po powtórnym włączeniu Bečeja w granice Węgier, król został usunięty: pozbawiono go głowy, a korpus wylądował w muzeum. Madziarzy w miejsce monarchy ustawili Pomnik Poległych, zburzony następnie przez komunistów. Piotr I z nową głową wrócił na rynek w latach 90., lecz w boczne, mniej eksponowane rejony placu.

Obrazek

Bečej nadal jest dwunarodowościowy, co widać na każdym kroku: Węgrów jest niemal tak samo dużo jak Serbów. Czasem pojawiają się też tabliczki unijne, a ja zastanawiam się, czy naprawdę ma sens ładowanie unijnej kasy w państwo tak bliskie Putinowi?

Obrazek

Dekomunizacja po serbsku: słoweńskiego komunistę zastąpiła zieleń.

Obrazek

W Bečeju są co najmniej trzy spomeniki, w tym dwa nad rzeką. Nie bardzo wiemy jak dojść do Cisy, więc zagaduję dwójkę pijaczków, którzy wcześniej zaczepiali Teresę.
- Prosto, cały czas prosto! - wołają. - Tylko uważajcie, bo niedawno jeden chłop się utopił!
No to idziemy prosto. Mijamy "super klopę" (klopa to ponoć gwarowe określenie żarcia), mijamy zamknięte na głucho biuro partii rządzącej, mijamy nawet basen, ale rzeki brak.

Obrazek
Obrazek

Gdy weszliśmy do lasu, to zarządziłem odwrót. Zamiast tamtych spomeników znalazłem przypadkowo zupełnie inny, ukryty w krzakach pod blokiem: rząd tablic z nazwiskami i datą 1942. Wtedy Węgrzy zabili w mieście ponad setkę osób.

Obrazek

Rozruszaliśmy kości, zatem możemy jechać dalej. Czasem zwalniam na rogatkach miejscowości, żeby zrobić zdjęcie tabliczek. Większość jest wielojęzyczna, ale zasady nie ma żadnej: teoretycznie wszędzie powinna być nazwa serbska w cyrylicy i w formie łacińskiej, ale odnoszę wrażenie, że poszczególne gminy robią, co chcą. A poniżej próbka :).
* Žabalj nie ma wersji łacińskiej, za to drugą w cyrylicy - Жабель to po rusińsku. I trochę to dziwne, bo Rusinów mieszka w nim garstka, więcej jest chociażby Chorwatów i Węgrów. Dowiedziałem się jednak, że w całej gminie Rusini faktycznie są drugą najliczniejszą nacją,
* Bačko Gradište też nie ma wersji łacińskiej po serbsku, tylko od razu węgierską. Może dlatego, że Węgrów jest w wiosce więcej?
* Ada to Ada i po serbsku i po węgiersku, ale są obie wersje i serbska łacińska ;),
* Mol już standardowo, bo Mohol to wersja madziarska.

Obrazek

W wiosce Bačko Petrovo Selo (Бачко Петрово Село, Péterréve) pomnik drugowojenny umieszczono w parku: mężczyzna bez butów opiera się o karabin. Na kamiennej tablicy wypisano nazwiska, Serbów w cyrylicy, Węgrów po ichniejszemu. Miejscowość jest w większości madziarska i takich nazwisk znajdziemy sporo na liście, więc najwyraźniej swoi mordowali swoich.

Obrazek

Ciekawy obiekt dostrzegam kawałek dalej. Dwustronna mozaika: z jednej strony godło gminy (nadal aktualne, tyle, że bez czerwonej gwiazdy), z drugiej flaga socjalistycznej Jugosławii! Piękna sztuka.
Siedzący obok emeryci z politowaniem przyglądają się mojemu bieganiu z aparatem.

Obrazek
Obrazek

Podobna serbsko-węgierska tablica jest przy spomeniku we wspominanej już Adzie (Ада), przy czym Węgrów jest na liście więcej, bo i mieszka ich tam więcej. Sam pomnik to metalowa abstrakcyjna konstrukcja.

Obrazek

Ostatnia większa miejscowość na dzisiejszej trasie nazywa się Senta (Сента, Zenta), ponad dwudziestotysięczne miasto. Można się główkować dlaczego w ogóle przyłączono je do Jugosławii, bo na początku ubiegłego wieku Węgrzy stanowili w niej dziewięćdziesiąt procent mieszkańców, a dziś to nadal trzy-czwarte.

Obrazek

Na ratuszu tak potężnym, że nie jestem w stanie go objąć na jednym zdjęciu, wiszą flagi Serbii, Wojwodiny, samorządowa i węgierska. U nas z obcych flag na obiektach gminnych mają szansę zawisnąć tylko ukraińskie.

Obrazek

Do Londynu mamy stąd niecałe dwa tysiące kilometrów...

Obrazek

...a do miejsca noclegowego tylko kilkanaście. Na ostatnich kilometrach robię jeszcze trochę zdjęć żółto-zielonego otoczenia wojwodińskich dróg.

Obrazek
Obrazek
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 13 gości